czwartek, 24 października 2019

Rozdział 18

W końcu nadszedł czas Balu z okazji Bożego Narodzenia u Malfoyów. Dalej nie byłam przekonana co do tego pomysłu, ale już podpisałam to w umowie i zapewniłam, że będę, więc wciskałam się w sukienkę koloru brudnej krwi. Niezbyt opinającą, jednak zdaniem Zabiniego, bardzo seksowną. To najważniejsze.
Miał się tam pojawić też Crouch Junior. Trochę czekałam na to spotkanie. Trochę chciałam go zobaczyć, trochę nie chciałam nigdy go widzieć na oczy. Moje myśli krążyły od jednej do drugiej.
-Clementine, ktoś do ciebie - krzyknął z dołu tata. Wsunęłam stopy w wysokie, czarne buty i narzuciłam ciemny płaszcz. Zaczęłam schodzić w dół po schodach. W drzwiach stał idealnie ubrany Blaise. Był niesamowicie przystojny w pięknej czarnej koszuli i w czarnym garniturze. Wyglądał jak chodząca perfekcja, gdy tylko jego usta wygięły się w uśmiechu ukazując zęby.
Joyce, nie zakochuj się w nim!
-Tato, to Blaise, opowiadałam ci o nim - powiedziałam stając przy nich. Podali sobie dłonie i wesoło je ścisnęli.
-Słyszałem o panu same dobre rzeczy - odezwał się pierwszy Blaise. Tata uśmiechnął się radośnie.
-Tylko przywieź jutro moją córkę całą i zdrową - powiedział spokojniejszym tonem. Blaise zapewnił go, że dokładnie tak będzie i ruszyliśmy do auta stojącego na podjeździe. Zabini uchylił mi drzwi i pozwolił wejść pierwszej. Zaraz usiadł koło mnie i spojrzał na mnie.
-Wyglądasz idealnie - powiedział cicho i przysunął swoją twarz do mojej. Uśmiechnęłam się i dotknęłam jego ust swoimi. Ten delikatnie przysunął mnie do siebie i zaczął mnie czule całować. Naprawdę mi się to podobało. Był taki delikatny, kochany. Odsunęłam się po jakimś czasie i spojrzałam na niego.
-A to za co było? - spytał cicho, dalej nie odsuwając głowy ode mnie.
-Nie mogę już pocałować swojego chłopaka tak bez okazji? - spytałam drocząc się z nim. Zabini zaśmiał się, a my wylądowaliśmy pod wielkim Dworem Malfoyów.
W oknach budynku znajdowała się szyby, podzielone przez kratkę na fragmenty o kształcie rombów. Do dworu można było się dostać przez przynajmniej jedne, frontowe drzwi, otwierające się przed gośćmi bez niczyjej pomocy, do których prowadziły szerokie, kamienne schody.
Weszliśmy po nich. Zabini zapukał delikatnie do drzwi. Uchyliwszy się, wsunęliśmy się do środka. Przepych spoglądał na nas z każdego kąta. Zabrakłoby mi słów by to opisać. W progu Wielkiej Sali stał Lucjusz Malfoy. Uścisnął dłoń Blaise'a, a moją ucałował. Dygnęłam lekko.
-Miło was tutaj widzieć - powiedział poważnym tonem. Przyznaję, że pierwszy raz słyszałam jego głos. Był niski, aczkolwiek bardzo onieśmielający.
Spojrzałam na Zabiniego z lekkim uśmiechem i szturchnęłam go w ramię.
-Zaraz wracam – powiedziałam mu na ucho, a ten kiwnął głową i kontynuował rozmowę z Lucjuszem Malfoyem. Ruszyłam po ciemnych schodach na pierwsze piętro. Weszłam do którejś z wielu łazienek i oparłam dłonie o umywalkę. Spojrzałam na wrak człowieka w lustrze. Pod warstwą makijażu nie prezentowałam się, aż tak okropnie.
Drzwi do łazienki się otworzyły. Już chciałam coś powiedzieć, ale ujrzałam Bartyego w lustrze wchodzącego do środka i zamykającego drzwi. Odwróciłam się w jego stronę z lekkim uśmiechem. Zmrużyłam oczy nie wiedząc co on kombinuje.
Moment potem znalazł się przy mnie i wpił w moje usta. Uśmiech znowu wstąpił na moją twarz. Ten podniósł mnie i posadził na szafce koło umywalki. Splotłam swoje nogi wokół jego bioder. Położyłam dłonie na jego klatce piersiowej. Crouch swoje usadził na moich biodrach. Smakował Ognistą Whisky wymieszaną z moją wiśniową pomadką. Zaczęłam zsuwać z niego marynarkę. Była cudownie miękka, aż szkoda było go jej pozbawiać. Jego usta zaczęły schodzić na moją szyję. Odchyliłam głowę do tyłu zagryzając wargę. Zsunięta marynarka wisiała w mojej dłoni, i już miałam ją upuścić, gdy usłyszałam kroki zbliżające się do łazienki.
Odsunęłam Croucha od siebie z przepraszającym wzrokiem i niewiele myśląc odkręciłam wodę w kranie mocząc tym kawałek marynarki Bartyego. Nawet nie zauważyłam niezadowolenia na jego twarzy, gdy w drzwiach łazienki stanął Blaise.
-Mówiłam ci, że wystarczy woda, żeby to zeszło – mruknęłam patrząc na mokrą plamę na marynarce. Zwróciłam wzrok na Zabiniego i uśmiechnęłam się niewinnie.
-Właśnie miałem cię szukać – stwierdził wesoło Zabini. Crouch bardzo starał się kryć swoje rozbawienie całą sytuacją. – Tort podali, powinnaś zejść. Jest pyszny – dodał z uśmiechem, a ja kiwnęłam głową.
-Już schodzę – powiedziałam spokojnie i oddałam marynarkę Crouchowi. Jego oczy wyrażały podziw i rozbawienie. Dawno go takiego nie widziałam.
-Dziękuję za pomoc Emm – odparł Barty kiwając głową trochę zbyt zamaszyście. Uśmiechnęłam się do niego i ruszyłam z Blaisem do wyjścia. Ten ujął delikatnie moją dłoń schodząc ze schodów. Na środku parkietu stał Draco razem z Pansy. Tańczyli. Spojrzałam ukradkiem na Zabiniego. Nie wyglądał na najszczęśliwszego. Usiadłam z nim przy stole i położyłam dłoń na jego udzie. Nachyliłam się nad nim.
-Blaise, możemy iść tańczyć. Wtedy zatańczysz też z Parkinson. Zajmę się Draco – wymamrotałam mu na ucho. Ten spojrzał na mnie i położył dłoń na mojej dłoni. Jego twarz rozświetlił uśmiech.
-Dobrze – powiedział radośnie i musnął lekko moje usta. Zaśmiałam się wesoło i wstaliśmy oboje. Blaise jeszcze szybko dopił szklankę Ognistej Whisky i ruszył na parkiet. Wiedziałam, że nie skończy się to najlepiej, ale dałam mu się prowadzić. Był świetnym tancerzem. Jego dłonie znajdowały się na moich biodrach, a oczy obserwowały pomieszczenie. Miałam delikatny uśmiech na twarzy.
W pewnym momencie tego całego spisku zaczęło mi na nim zależeć. Tak jakby był moim dobrym przyjacielem. Tak jakbym nie chciała go skrzywdzić, a wręcz przeciwnie, bo pomóc za wszelką cenę. Z wroga stał się ważnym człowiekiem.
-Odbijamy – usłyszałam głos Zabiniego i jego dłonie zsunęły się ze mnie i zostały zastąpione przez Malfoya. Ten uśmiechał się do mnie lekko.
-Blaise dawno nie był taki szczęśliwy – przyznał cicho Draco nachylając się nad moim uchem. Na moją twarz wkradł się delikatny uśmiech.
-Zasługuje na szczęście – stwierdziłam, a Draco tylko kiwnął głową potwierdzając moje słowa.  Przetańczyliśmy kilka piosenek, ale kątem oka zobaczyłam, że Zabini usiadł na jednym z krzeseł i wgapia się w podłogę. Przeprosiłam Malfoya i podeszłam do niego. Pansy wróciła do tlenionego. Kucnęłam koło Zabiniego i położyłam mu dłoń na kolanie. Dokładnie tak samo robił Fred, gdy widział, że miałam jakiś problem.
-Co jest? – spytałam cicho, gdy ten złapał kontakt wzrokowy ze mną. Zabini zaprzeczył ruchem głowy. – Chodź, zabiorę cię do łazienki – wymamrotałam wstając. Ten uwiesił się na mnie i ruszyliśmy po schodach na górę. Był naprawdę ciężki, ale udało mi się go doprowadzić do łazienki. Blaise od razu zwrócił treść żołądka. Poczekałam jeszcze chwilę, żeby nic nie zabrudził po drodze. Te cholernie drogie dywany tak bardzo mnie kłuły w oczy. Nie chciałam narażać się właścicielowi brudząc je.
Usiadłam obok niego na podłodze. Położyłam dłoń na jego głowie i delikatnie ją pogładziłam.
-Emmie, chce mi się spać – wyszeptał Zabini, a ja kiwnęłam głową. Wstałam z podłogi i podałam mu dłoń, by mógł wstać. Teraz szedł już lepiej. Starałam się nie zwracać na nas uwagi. Weszłam do pierwszego lepszego pokoju.
Na środku stało ogromne łóżko, a po obu jego stronach były szafki nocne. Poza tym na podłodze ścielił się biały, puszysty dywan. Zabini usiadł na łóżku.
-Blaise, teraz musisz mi pomóc trochę – szepnęłam, a ten kiwnął głową. – Po prostu przez moment się nie kładź – poprosiłam i zaczęłam zsuwać jego marynarkę. Położyłam ją na krześle obok łóżka, gdzie wylądowały również jego koszula, spodnie i buty. Położyłam go pod kołdrą i wstałam. Ten uchylił powieki.
-Połóż się ze mną Emmie – wymamrotał, a ja prychnęłam z lekkim politowaniem. Zsunęłam z nóg szpilki i ściągnęłam z siebie sukienkę.
-Mogę użyć twojej koszuli? – spytałam cicho, a ten tylko coś wymamrotał pod nosem. – Uznam to za pozwolenie – mruknęłam. Założyłam ją i zapięłam kilka guzików. Położyłam się koło niego, a on przytulił mnie do siebie. Do czego to doszło? Żebym ja, Clementine Joyce, musiała niańczyć Ślizgona na spotkaniu Śmierciożerców?
Gorzej. Czułam, że robię dobrze. Nie przeszkadzało mi to. Chciałam być tutaj z nim. Teraz zdecydowanie nie powinien być sam.
Jego usta wylądowały na moim czole i delikatnie je musnęły. Wtuliłam się w niego mocniej. Jego oddech powoli normował się, chociaż tak okrutnie cuchnął alkoholem.
-Dziękuję – wybełkotał tuż przed tym jak usłyszałam jego pierwsze ciche chrapnięcie. Pokiwałam głową z politowaniem i zamknęłam oczy czując tylko ciepło jego ramion oplatających moje ciało.
~~~
Ten rozdział bardzo mi się podoba, był już planowany od dłuższego czasu. Może dlatego mi się podoba.

Rozdział 17

Rozwinęłam pergamin z zaczętym wypracowaniem z Eliksirów. Drzwi do dormitorium się otworzyły i stanęła w nich Hermiona.
-Clementine, twój chłopak stoi przed drzwiami i pragnie z tobą gadać - mruknęła, a ja zmarszczyłam brwi. Odłożyłam pergamin i wstałam.
-Blaise?
-A masz jakiegoś innego? - spytała z wyraźnym znudzeniem w głosie Granger. Wzruszyłam ramionami i ruszyłam na dół. Przeszłam przez Pokój Wspólny i gdy tylko wyszłam Blaise złapał mnie za rękę i zaczął targać na dół.
-Ciebie też miło widzieć skarbie - mruknęłam, a Zabini zatrzymał się na moment i spojrzał na mnie. Odetchnął głęboko i uśmiechnął się.
-Przepraszam, potrzebuję cię na teraz - powiedział poważnym tonem, a ja kiwnęłam głową i zaśmiałam się lekko. Znowu ruszyliśmy na dół. - Pansy ma przyjść za jakąś godzinę do nas pouczyć się. Proszę cię, żebyś chwilę u mnie posiedziała i jak będzie ona to po jakimś czasie wyszła - wyjaśnił, a ja kiwnęłam głową.
-Nie ma problemu. Mogę zrobić u ciebie zadanie z Eliksirów? - spytałam, a ten z uśmiechem kiwnął głową. - I powiedziałeś Granger, że jesteśmy razem? - dodałam trochę zdziwionym głosem.
-Inaczej by cię nie zawołała. Jak poprosiłem, żeby ci to powiedziała, to mnie olała. Dopiero jak spytałem, dlaczego nie chce tego powiedzieć mojej dziewczynie to się ruszyła i chyba oficjalnie fałszywie jesteśmy razem - odparł zwięźle i weszliśmy do Pokoju Wspólnego Ślizgonów. Zabini zwolnił kroku i spokojnie przeprowadził mnie przez pokój za rękę. Ja dalej podziwiałam architekturę i sposób ułożenia wszystkiego w Ślizgońskim pokoju.
Weszliśmy po schodach do jego dormitorium. Byliśmy na razie sami. Siadłam przy biurku i zabrałam mu kawałek pergaminu.
-Od razu siadasz do eseju? - spytał Zabini, a ja spojrzałam na niego z lekkim uśmiechem. Rozsiadł się na swoim łóżku.
-Jak mam za godzinę spadać, czy tam z półtorej to chociaż chcę mieć wymówkę, że już skończyłam - przyznałam, a ten kiwnął spokojnie głową.
-Jesteś naprawdę inteligentną osobą - stwierdził z uznaniem, a ja wsadziłam nos w książkę i zaczęłam pisać o Eliksirze Grzegorza Przymilnego. Opisałam trochę historii, jakim przychlastem był Przymilny i jak już kończyłam zastosowanie do pokoju wszedł Draco z Pansy.
Pansy była wpatrzona w tlenionego. Widocznie właśnie wrócił z treningu Quidditcha, bo miał rozwichrzone włosy i smugę błota na lewej nogawce.
-Cześć Draco - powiedziałam wesoło, a on uśmiechnął się do mnie szeroko.
-Cześć Emmie, miło cię widzieć - powiedział bez cienia sarkazmu.
Naprawdę szczerze się polubiliśmy przez ten okres, w którym częściej się spotykałam z Zabinim.
także teraz, gdy 'jesteśmy razem'. To jest ciekawe ile może się zmienić, gdy faktycznie zaczniesz kogoś poznawać.
-Jak wam idą eseje? - spytała Pansy siadając koło Zabiniego. Ten pokazał jej swój pergamin.
-Już kończę. Potrzebujesz pomocy przy swoim? - spytał, a Pansy uśmiechnęła się i kiwnęła głową. Przyglądałam się temu ukradkiem. Nie z zazdrości, tylko z troski. Miałam zwyczajnie nadzieję, że ona go do tego nie wykorzysta.
Draco oparł się o skraj biurka.
-Masz jakieś wieści od bliźniaków? Dobrze im się prowadzi sklep? - spytał Malfoy spokojnym tonem. Uniosłam wzrok na niego.
-W sumie dosyć dawno z Fredem nie pisałam, ale chyba dobrze im się powodzi. Ministerstwo zaczęło od nich kupować kilka rzeczy. Jakieś kapelusze, z tego co wiem na pewno. Zawsze ich marzeniem był sklep w stylu Zonka - odparłam, a ten kiwnął głową.
-Mimo że za sobą nie przepadaliśmy, muszę przyznać, że byli naprawdę ciekawymi ludźmi z pasją do uprzykrzania niektórym życia - powiedział wesoło. Zmarszczyłam brwi. - Nie bierz tego oczywiście za złe Clementine. Bardzo mi się podobały Bombonierki Lessera. Naprawdę ich za to podziwiam. I mówię to naprawdę poważnie - dodał unosząc lekko dłonie.
-Przepraszam, jeszcze nie przyzwyczaiłam się do przyjaźni Ślizgońsko-Gryffońskiej - odparłam z uśmiechem. Ten zaśmiał się lekko.
-Jak najbardziej rozumiem. Dla mnie to również nowość, ale bardzo się cieszę z takiego obrotu spraw - powiedział zerkając na mnie, a potem delikatnie łypiąc okiem w stronę Zabiniego. Wzruszyłam zabawnie ramionami.
-Draco, my się naprawdę kiedyś musimy napić - stwierdziłam patrząc na niego poważnie. Ten kiwnął głową wesoło.
-Dla ciebie wszystko Clementine - odparł, a ja walnęłam go w ramię. - Nie, ja mówię serio. Możemy iść nawet teraz. Ja zrobiłem swój esej na Eliksiry. Ty już kończysz. Możemy iść się napić w Pokoju Życzeń - dodał, a ja spojrzałam na niego spokojnie.
-Daj mi pięć minut. Dokończę esej i możemy iść - mruknęłam i zaczęłam pisać. Co jakiś czas zerkałam na Pansy, która znowu mnie gromiła wzrokiem. Blaise podkreślał jej ważne momenty w książce z Eliksirów, tak jak ja jemu z Opieki.
Podpisałam się na dole pergaminu.
-Możemy iść - rozbrzmiały moje słowa, a Draco wstał z biurka z uśmiechem.
-Też bardzo bym chciała iść - stwierdziła Pansy. - Blaise, dałbyś radę pomóc mi jeszcze z tym esejem. Tobie to szybciej pójdzie - dodała z maślanymi oczami Parkinson.
Zabini już otwierał usta, żeby odpowiedzieć jej dokładnie to co chciała usłyszeć.
-Ale Snape rozpozna, że to nie twoje pismo. Ja bym nie ryzykowała karą przez następne dwa tygodnie, tylko dlatego, że nie chciało mi się przepisać dziesięciu zdań z książki - powiedziałam pewnym tonem. Wzrok wszystkich spoczął na mnie. Pansy znowu chciała mnie zabić. Czułam, że widzi mnie bez głowy, albo płonącą żywcem.
-Czyli ustalone. Ja i Clementine idziemy teraz do Pokoju Życzeń, a wy jak się uporacie z esejem - zarządził Draco. Uśmiechnęłam się szeroko. Podeszłam do Blaise'a i pocałowałam go delikatnie w usta. Ten uśmiechnął się kręcąc głową z politowaniem.
-Powodzenia - powiedziałam wesoło i ruszyłam za Draco. Już nawet nie spojrzałam na Parkinson. Zamknęliśmy drzwi do dormitorium.
-Bardzo ładnie rozegrane - stwierdził Malfoy z podziwem w głosie. Uśmiechnęłam się do niego. Zaczęliśmy iść na górę po schodach.
-Jestem z Zabinim, więc trochę nie pozwolę na traktowanie go w ten sposób. A Severus ma gdzieś jak piszesz - odparłam, a Malfoy zaczął się śmiać. - Nie przepadam za Parkinson - dodałam ciszej, gdy tleniony zaczął otwierać Pokój.
-To da się wyczuć. Ale jakoś obie za sobą nie przepadacie.
-Aż tak to widać? - spytałam rozbawiona. Ten tylko wesoło kiwnął głową. - W sumie to wszystko trochę zapoczątkowali Założyciele Domów. Salazar po prostu nie  lubił innych, a wydaje mi się, że to Godryka najbardziej i przelał to na uczniów - dodałam, a Malfoy otworzył Pokój Życzeń.
-Poza tym macie Pottera - stwierdził Draco, a ja zaczęłam się głośno śmiać. Podeszłam rozbawiona do fotela i opadłam na nim.
W Pokoju był rozpalony kominek, duży puszysty dywan tuż pod nim i fotel razem z dwuosobową kanapą. Było bardzo przytulnie.
-Nalać ci? - spytał Malfoy wyciągając, Bóg wie skąd, Ognistą. Pokiwałam głowa i po chwili dostałam szklankę z bursztynowym płynem. Umoczyłam delikatnie usta napojem. Uśmiechnęłam się bardzo lekko.
-Naprawdę cieszę się, że was poznałam. Ale tak naprawdę poznałam. Bo do tej pory myślałam, że jesteś zadufanym w sobie dupkiem z pieniędzmi tatusia - powiedziałam szczerze patrząc Draconowi w oczy.
-Ja widziałem w tobie tylko siostrę Rasmusa, który tak jak ty miał być przylepą do bliźniaków. Do tego Zdrajczynię Krwi - odparł i upił łyka napoju. - Okazałaś się zabawną, naprawdę cholernie miłą i kochaną osobą. Cieszę się, że jesteście z Zabinim razem - dodał równie szczerze, a ja uśmiechnęłam się do niego delikatnie.
-Usłyszeć takie słowa od tak dobrego i miłego człowieka, jak Draco Malfoy, to sama przyjemność - powiedziałam i stuknęliśmy się szklankami. Oboje wypiliśmy sporego łyka i zaczęliśmy się wesoło śmiać.
Dokładnie w tym momencie wszedł do Pokoju Życzeń uśmiechnięty Zabini wraz z naburmuszoną Pansy. Ta szybko usiadła koło Draco, a Blaise podszedł do mnie. Wstałam, a on usiadł, więc usadowiłam się na jego kolanach.
I Parkinson, i Zabini dostali trunki. Naprawdę zaczynało być miło, mimo okropnych spojrzeń Pansy. Bardzo, bardzo miałam nadzieję, że będzie równie spokojnie na tym nieszczęsnym Balu Bożonarodzeniowym u Malfoyów.
~~~
Naprawdę się cieszę, że te rozdziały szybko mi idą. Pozdrawiam.

wtorek, 15 października 2019

Rozdział 16

Twarz Zabiniego wykrzywiła się w wielkim uśmiechu. Pokiwałam z politowaniem głową i ujrzałam kątem oka, że Pansy szykuje się do wyjścia z alejki za nami. Ujęłam dłoń Blaise'a i kiwając ledwo zauważalnie głową położyłam ją na moim udzie. Tym bliżej Ślizgona. Nie było to najbardziej widoczne, jednak zdecydowanie dało się zauważyć przy delikatnym przyjrzeniu się.
Pansy wyszła z dwoma opasłymi tomiskami. Mój wzrok skierował się na książkę, którą i tak chciałam dokończyć.
-O, cześć Blaise. Jak wam idzie referat z Opieki? - spytała nagle wyrastając między nami. Spojrzałam na nią.
-Właśnie spisuję najważniejsze rzeczy - stwierdził pokazując swój w połowie zapisany pergamin. Ta kiwnęła głową.
-Wybierałam się do waszego dormitorium. Przyjdziecie? - spytała słodszym głosem. Uśmiechnęłam się lekko pod nosem.
-Za niedługo będziemy - odpowiedziałam, zanim Blaise zdążył otworzyć usta. Moja dłoń powędrowała na tą jego usadowioną na moim udzie. Palce wsunęłam pod jego dłoń.
Pansy kątem oka obserwowała, co właśnie zrobiłam i skrzywiła się ledwo zauważalnie. Kiwnęła głową i rzucając średnio zrozumiałe 'do zobaczenia' ruszyła do drzwi. Obserwowałam ją, aż do samych drzwi. Gdy wyszłam spojrzałam na rozanielonego Zabiniego i wyciągnęłam swoją dłoń z jego.
-Nigdy się w ten sposób do mnie nie odzywała - mruknął cicho, a ja zaśmiałam się lekko. Pokiwałam z politowaniem głową.
-Musimy ustalić kilka reguł – mruknęłam i wyciągnęłam kawałek pergaminu. Ujęłam pióro w dłoń i zaczęłam zapisywać, mimo wyraźnie słyszalnych pojękiwań niezadowolenia ze strony Zabiniego.
'Clementine i Blaise – zasady.
1. Nie robimy nic, na co nie ma obopólnego przyzwolenia.
2. Zabini nie dopuści do męczenia Neville’a Longbottoma.
3. Zdarza się uczenie w nie swoich dormitoriach/Pokojach Wspólnych.'
-Chcesz coś jeszcze dopisać? – spytałam podsuwając mu listę pod nos. Ten ujął pióro i zaczął skrobać punkt czwarty. Oddał mi kartkę. – Joyce pójdzie z Zabinim na Bal organizowany u Malfoyów w okresie Świąt Bożego Narodzenia – przeczytałam koślawe pismo Zabiniego. Spojrzałam na niego marszcząc brwi.
-Malfoy zaprosił już Pansy jako swoja partnerkę. Proszę Clementine – mruknął patrząc mi w oczy, a ja kiwnęłam głową lekko.
-Idziemy do was do dormitorium? Pewnie już się niecierpliwią – zaśmiałam się delikatnie. Zabini kiwnął głową i ujął swoja książkę pod pachę. Moją zaś założyłam jakimś świstkiem wyciągniętym z kieszeni. Ruszyliśmy do wyjścia. Kiwnęłam miło bibliotekarce na pożegnanie. Szliśmy w ciszy, która, o dziwo, wcale nie była niezręczna.
-Emmie? – mruknął cicho Zabini, jak zbliżyliśmy się na dwa metry do wejścia do Wspólnego Pokoju Ślizgonów. Spojrzałam na niego przystając lekko. Ten wyciągnął ku mnie dłoń, a ja splotłam nasze palce razem.
-Jesteś gotowy? – spytałam, a ten kiwnął głową i otworzył przejście.
W Pokoju Wspólnym Ślizgonów byłam pierwszy raz w życiu. Pierwszoroczna Clementine nie uwierzyłaby, że to dzieje się naprawdę. Poza tym była trochę za bardzo ciekawska, ale to swoją drogą. Zielonkawe światło omiatało całe pomieszczenie aurą niepewności, ale z drugiej strony spokoju. Ogień w kominku palił się dokładnie tak jak w naszym. Zabini zaczął mnie ciągnąć w stronę schodów. Nie obchodziły mnie ciekawskie spojrzenia Ślizgonów, bo naprawdę podziwiałam sam wystrój pomieszczenia. Tak zupełnie inny, niż nasz.
Po krótkiej wyprawie w górę schodów Zabini uchylił przede mną drzwi. Wsunęłam się do środka z uśmiechem. W środku siedział Malfoy na krześle przy małym stoliku, a Pansy okupowała jego łóżko. Nie było nikogo innego.
-Cześć Clementine – powiedział wesoło Draco i spojrzał na nasze splecione dłonie. Jego twarz wykrzywiła się w jeszcze większym uśmiechu.
-Uczycie się Smoku? – spytał Zabini zanim zdążyłam odpowiedzieć Malfoyowi. Blaise poprowadził mnie do swojego łóżka i usiadł opierając się o ścianę z boku. Usiadłam koło niego i położyłam sobie książkę na kolanach. Puściliśmy swoje dłonie.
-Właśnie rozmawiamy o tym, jak napisać esej na Opiekę – stwierdził dalej radosnym tonem. Zabini kiwnął głową i spojrzał na mnie z lekkim uśmiechem.
-Skończyłam go już wcześniej, więc jeśli chcecie mogę wam pomóc – stwierdziłam i jakby od niechcenia wsunęłam swoje nogi między uda Blaise’a. Pansy spojrzała na mnie krzywiąc się trochę. Draco machnął dłonią.
-Hagrid wyczuje w tych esejach twoją rękę. Za dobre referaty piszesz – stwierdził z uśmiechem. Kiwnęłam wesoło głową i otworzyłam książkę na stronie, na której skończyłam. Tleniony kontynuował rozmowę z Parkinson. Blaise położył dłoń na jednej z moich nóg. Spojrzałam na niego znad książki i uśmiechnęłam się lekko. Jego twarz jednak wcale nie wyrażała szczęścia, gdyż cały czas łypał oczami w stronę Pansy. Westchnęłam i nachyliłam się na nim.
-Zabini, to jest bardzo niepokojące – wymamrotałam, gdy spojrzał w moją stronę. Położyłam dłoń na jego dłoni, a ten kiwnął głową.
-Wiem Emmie, ale nie potrafię inaczej – odparł cicho, a ja uśmiechnęłam się z politowaniem. Na jego twarzy również zobaczyłam delikatny uśmiech. Położyłam dłoń na jego policzku.
-Oczywiście, że potrafisz – mruknęłam, a ten nachylił się nade mną i dotknął moich ust swoimi. Szczerze, akurat tego się nie spodziewałam. Kompletnie. Po chwili odsunął się, a ja uśmiechnęłam się. – Nie o to dokładnie mi chodziło, ale to było miłe – stwierdziłam patrząc na niego. Zabini kiwnął rozbawiony głową i pogładził mnie po nodze. Zwróciłam wzrok na książkę.
-Cieszę się, że jesteś tutaj ze mną – wymamrotał bardzo cicho, ledwo słyszalnie. Jakby nie chciał, bym to usłyszała. Uśmiechnęłam się pod nosem. Nawet nie chciałam patrzeć w stronę uśmiechniętego głupio Malfoya, ale podejrzewałam, że właśnie to robił.
Przyzwyczajałam się do jego obecności koło mnie. Coraz bardziej było to normalne. Jego poczucie humoru przypominało moje. Mogłam mu dużo powiedzieć, bo sam sporo przeżył. Chyba cieszyłam się z tego wszystkiego, mimo wcześniejszej niepewności.
Doczytałam w końcu rozdział o chimerach z porannych ćwiczeń i podniosłam na moment wzrok na pracę Zabiniego.
-Kończysz już? - spytałam kładąc dłoń na jego ramieniu. Ten spojrzał na mnie i z uśmiechem pokiwał głową.
-Jednorożce są naprawdę ciekawe - stwierdził wesoło, a ja zaśmiałam się. Pogładziłam go delikatnie po twarzy.
-Bardzo się cieszę. Są niesamowite - odparłam i znowu zwróciłam wzrok na książkę. Ten delikatnie się nade mną nachylił i pocałował mnie w czoło. Uśmiechnęłam się pod nosem i przewróciłam kartkę na chropianki.
-Wyglądacie razem bardzo uroczo. Wiedziałem, że coś się święci. To nie mógł być tylko alkohol - zaśmiał się radośnie Malfoy. Oboje na niego spojrzeliśmy rozbawieni. Pansy dosłownie zabijała mnie wzrokiem.
-Ognista Whisky łączy ludzi - stwierdził rozbawiony Zabini. Pokręciłam głową z politowaniem i znowu zanurzyłam nos w książkę. Spojrzałam ukradkiem na zegarek. Za pół godziny miała być kolacja. Zabini najwyraźniej to wyłapał i położył mi dłoń na kolanie. Dokładnie tak jak to robił zawsze Fred. - Zdążymy na kolację - dodał spokojnie, a ja kiwnęłam głową.
-Dobrze - powiedziałam, a on podał mi swoje wypracowanie. Zaczęłam je sprawdzać dosyć skrupulatnie, jednak nie widziałam większych błędów.
-I jak?
-Bardzo dobry esej - odparłam z uśmiechem, a ten kiwnął głową. Położył pergamin na szafce i zaczął wstawać z łóżka. Podał mi dłoń. Ujęłam ją i wstałam.
-Widzimy się na kolacji - powiedział Blaise i ruszyliśmy do wyjścia z dormitorium. Zaczęliśmy schodzić na dół i za rękę wyszliśmy z Pokoju Wspólnego. Jak tylko zamknęły się za nami drzwi Blaise mocno mnie przytulił. - Dziękuję, widziałaś jak ona się na mnie patrzyła? - spytał rozanielony. Spojrzałam na niego wesoło.
-Widziałam - odparłam, gdy przytulał mnie jeszcze mocniej. Cały czas bełkotał, że mi dziękuję. Ze śmiechem ujęłam jego dłoń i zaczęłam iść w stronę Wielkiej Sali.
-Mówiłem ci już, że jesteś niesamowita? - spytał wesoło, a ja kiwnęłam głową. Ten z radości zatrzymał mnie i mocno pocałował. Oddałam spokojnie pocałunek z uśmiechem na ustach.
Byliśmy już bardzo blisko Wielkiej Sali i gdy się odsunął ode mnie to zauważyłam za Blaisem zaskoczony wzrok Neville'a.
-Leć na kolację. Potem się zobaczymy - powiedziałam do Zabiniego, a ten wesoło ruszył do Wielkiej Sali. Podeszłam do wrytego w ziemię Longbottoma.
-Czemu nic mi nie powiedziałaś? - spytał rozzłoszczonym tonem. Ja złapałam go za ramię i zaczęłam prowadzić do naszej ławy.
-To nie jest tak jak myślisz. Ale musisz mnie wysłuchać - mruknęłam półgłosem. Ten niepewnie kiwnął głową. - Zabiniemu strasznie podoba się Pansy.
Neville skrzywił twarz. Też nie wiedziałam, jak ktoś tak przystojny, jak Blaise może mieć za obiekt westchnień... No cóż, Parkinson.
-I tak sporo gdzieś wychodzimy, więc poprosił mnie czy nie mogłabym zagrać przez jakiś czas jego dziewczyny. Do tego, w umowie jest, że nie będą cię dręczyć, że będziesz normalnie funkcjonować na zajęciach - wymruczałam jednym tchem. Usiedliśmy przy ławie. Widziałam, że Neville dalej nie był za bardzo przekonany co do moich słów.
-Nie mówię, że to źle. Jestem trochę zły, ale no - urwał i podrapał się po policzku. - Chyba dziękuję - dodał trochę skonsternowanym głosem. Uśmiechnęłam się do niego łapiąc w dłoń kubek herbaty.
-Nie ma za co - powiedziałam i aż słyszałam jak przewraca oczami z lekkim uśmiechem.
~~~
Szybko poszło. Trochę chcę to skończyć. Trochę ogarnąć. Mam dużo pomysłów, dużo fragmentów. Może coś za szybko iść, ale no cóż. Bywa.

poniedziałek, 14 października 2019

Rozdział 15

Zaczynała się właśnie cisza nocna, kiedy wychodziliśmy z Zabinim z Pokoju Życzeń. Dosyć cicho wymknęliśmy się w stronę schodów, żeby tylko nikogo nie obudzić. Okazało się, że moje trampki są skrzypiące, jeśli nic innego nie wydaje głosu. Blaise musiał co chwilę mnie uciszać i próbować sam się nie śmiać. Targał mnie, gdy trzymałam go pod ramie na dół. Co chwilę przyspieszał, albo zwalniał.
Wszystko z tym głupim uśmiechem na twarzy, który dodawał mu tylko uroku. Sama nie mogłam się nie uśmiechać.
Wreszcie dotarliśmy do korytarza, który prowadził do mnie do Pokoju Wspólnego. Zatrzymałam się i spojrzałam mu w oczy.
-Dziękuję za dzisiejszy wieczór, cieszę się, że nie musiałam tyle siedzieć u Slughorna i słuchać o mojej mamie. Naprawdę bardzo się cieszę - powiedziałam z delikatnym uśmiechem.
-Nie ma problemu, to ja tobie dziękuję, że mnie wysłuchałaś - odparł cicho, a ja tylko machnęłam ręką, że nie ma za co. - Dobrze mi się z tobą rozmawia, ale następnym razem bierzemy Whisky - dodał, a ja zaśmiałam się cicho.
-Jak najbardziej się zgadzam - odparłam i ruszyłam w swoją stronę. Gruba Dama wydawała się trochę niezadowolona, że ją budzę i chcę przejść, ale mi już wtedy nic nie przeszkadzało.
Polubiłam tego człowieka. Polubiłam go za to kim jest, nie kogo gra. A to chyba najważniejsze, prawda?
Szybko wspięłam się po schodach i od razu położyłam zmęczona w łóżku. Nie słuchałam nawet o czym rozmawiają jeszcze dziewczyny. Naprawdę mnie to nie obchodziło.
Obudziłam się trochę za późno, by móc ogarnąć się i spokojnie pójść na śniadanie. Tylko zarzuciłam na siebie jakiś sweter i wybiegłam z plecakiem w dłoni chcąc zdążyć na ostatni moment śniadania.
Wiedziałam, że pierwszymi zajęciami była Opieka, więc trochę mi ulżyło, bo pewnie Hagrid nic mi nie zrobi. Nawet wysłucha spokojnie mojej wersji i ją poprze. Uwielbiałam tego pół-człowieka za to.
Wbiegłam do Wielkiej Sali, gdy wszyscy powoli szli już na zajęcia. Widziałam w tłumie Longbottoma, ale go nie zatrzymywałam.
Zgarnęłam dwa tosty i usiałam gdzieś najbliżej wejścia, żeby szybko je zjeść i popić zimną już kawą. Szybko to dojadłam i zaczęłam iść do wyjścia z budynku.
Weszłam na Błonia trzymając plecak z książkami w dłoni. Przetarłam drugą dłonią zaspane oczy. Muszę się lepiej wysypiać, albo nie łazić po noc z Zabinim. Mój ulubiony pół-olbrzym właśnie zaczynał swój wykład o czymś co przypominało kozę z głową lwa z ogonem smoka? Jaszczurki?
-Czy ktoś wie, co to jest za poczwara? - spytał głębokim głosem Hagrid. W klasie zapadła cakowita cisza. Każdy patrzył w boki, tylko żeby nie zostać wywołanym do odpowiedzi. Usiadłam na końcu zgromadzenia i wyciągnęłam pergamin.
-Wygląda trochę jak odwrotny sfinks, z ogonem smoka - powiedziałam głośno przypatrując się obrazkowi. Hagrid spojrzał w moją stronę i kiwnął głowę.
-To prawda, ale ten ma tylko głowę lwa, chociaż sfinks jest mniej groźny od tego potwora - stwierdził Rubeus.
Zapisałam 'Klasyfikacja Ministerwstwa Magii: więcej, niż sfinks'.
-Jeśli nawet Joyce nie wie, to nikt nie wie - powiedział półgłosem jeden ze Ślizgonów. Kilku się zaśmiało cicho. Spojrzałam w tamtą stronę, a Zabini walnął go w ramię z naburmuszoną miną. Uśmiechnęłam się lekko pod nosem i spojrzałam na Hagrida ponownie.
-Czy to jest chimera? - spytałam jeszcze raz zaciekawionym głosem. Rubeus, aż klasnął w dłonie.
-Jest to dokładnie chimera. Ma głowę lwa, tułów kozy i ogon smoka. Jest greckim, rzadko spotykanym potworem. Okrutnie krwiożercza i strasznie złośliwa - powiedział poważnie. - Jak niektórzy tutaj - mruknął ciszej spoglądając na obrazek. Zaśmiałam się cicho. Napotkałam rozbawiony wzrok Neville'a. Dotknęłam palcem nosa i wskazałam na niego rozbawiona. Wysłał mi buziaka w powietrzu i wróciliśmy do słuchania o strasznych chimerach.
Po zajęciach podszedł do mnie Neville i razem ruszyliśmy na Wróżbiarstwo. Miałam nadzieję, że tym razem ja trafię na Omen Śmierci.
-Słyszałem, że wyszłaś wcześniej wczoraj. Wszystko w porządku? - spytał, a ja poprawiłam plecak wiszący mi przez ramię.
-Slughorn spytał o mamę. Zaczął o niej mówić - powiedziałam spokojnie, a Neville kiwnął głową i położył mi dłoń na ramieniu. - Potem Zabini mi pomógł, udał, że musi iść do Skrzydła, żeby nie musieć go już słuchać - dodałam. Spojrzałam na Longbottoma, który był trochę skrzywiony.
-To dobrze, cieszę się. Chociaż czy jesteś pewna tej relacji? - spytał cicho. Ja tylko wzruszyłam ramionami.
Naprawdę nie wiedziałam w co się pakuję. Po prostu dobrze się bawiłam mając z kim pić i do kogo się odezwać z trudnymi sprawami. To mi się naprawdę najbardziej podobało. Że nie kryjemy przed sobą trudnych rzeczy. Że nie ma z nimi problemu.
Zajęcia do obiadu minęły naprawdę spokojnie. Usiadłam normalnie przy ławie i zaczęłam jeść posiłek. Kotleta i trochę frytek popijałam sokiem dyniowym. Poczułam dłoń na ramieniu. Odwróciłam się z wpół przeżutym jedzeniem w ustach. Zobaczyłam Zabiniego. Kawałek stołu tuż przy mnie delikatni umilkł.
-Cześć Emmie, potrzebuję twojej pomocy przy eseju z Opieki - powiedział spokojnie, a ja uśmiechnęłam się i kiwnęłam głową.
-Możemy się po obiedzie spotkać przed drzwiami do Wielkiej Sali i pójść do biblioteki - zaproponowałam i spojrzałam na Neville'a. - Idziesz z nami? - spytałam, a chłopak pokiwał przecząco głową z lekko zmarszczonymi brwiami.
-Nie mogę, umówiłem się z Luną - przyznał, a ja kiwnęłam głową. Zwróciłam wzrok na Zabiniego.
-No to będziemy tylko my - mruknęłam wzruszając ramionami. Ten uśmiechnął się i ruszył do swojego stołu. Kontynuowałam jedzenie. - Jak ci idzie z Luną? - spytałam biorąc do ręki kubek z sokiem.
-W sumie dobrze. Miło nam się rozmawia, dzisiaj idziemy na spacer, bo ona jakichś małych robaczków chce poszukać - stwierdził wzruszając ramionami.
-Ciekawie - stwierdziłam z uśmiechem. Ten walnął mnie w ramię i wystawił język. Pokręciłam głową z politowaniem i skończyłam jeść. Widziałam, że Zabini powoli się zbiera do wyjścia. Dopiłam sok.
-Powodzenia w bibliotece - powiedział zgryźliwie Longbottom.
-Powodzenia na randce - odpowiedziałam rozbawiona i wstałam. Ruszyłam do wyjścia, przy którym wyraźnie stał Blaise. Podeszłam do niego.
-Gotowa? - spytał, a ja kiwnęłam głową i ruszyliśmy do biblioteki. Po wejściu do niej od razu skierowałam się do działu Fantastycznych Zwierząt łapiąc pozycję spisaną przez Newta Scamandera. Esej o jednorożcach już zdążyłam skończyć jakiś czas temu, więc otworzyłam drugą kopię na odpowiednim rozdziale i położyłam ją przed Zabinim.
-Pisz sensownie. Mogę ci podkreślić co jest najważniejsze i mniej więcej czego chce Hagrid, żeby mieć jakąś pozytywną ocenę - powiedziałam przeglądając kilka kartek zapisanych małym druczkiem o koniach z rogiem. Ten kiwnął głową i wyciągnął pergamin. Podkreśliłam mu delikatnie co jest dosyć ważne. Pamiętałam ten rozdział prawie na pamięć, więc tylko czytałam początek zdania i wiedziałam czy się przyda czy nie.
-Jesteś niesamowita - stwierdził Zabini patrząc na moją szybko idącą po książce rękę. Spojrzałam na niego i uśmiechnęłam się.
-Pisz, nie gadaj - zaśmiałam się cicho podając mu książkę. - Musisz zacząć od wstępu. Dlaczego te zwierzęta uważa się za tak majestatyczne i mityczne. Potem trochę historii, gdzie znaleziono pierwszego jednorożca, kto to zrobił. Następnie wygląd i usposobienie. We wnioskach piszesz, że są niesamowite, jak ja, i dostajesz Wybitny - powiedziałam i uśmiechnęłam się szeroko. Ten pokiwał z politowaniem głową.
-Jesteś walnięta, ale bardzo cię lubię - stwierdził zabierając się za czytanie podkreślonego tekstu Zabini. Westchnęłam z uśmiechem i otworzyłam książkę na Niuchaczach. Co jakiś czas patrzyłam na postęp na pergaminie Zabiniego.
Po jakiejś godzinie koło nas przeszła Pansy trzymając w dłoni jakąś potężną książkę. Wzniosłam wzrok, tak samo zresztą jak Zabini.
-Cześć Pansy, co t-
Poszła dalej, a ja zmarszczyłam brwi. Blaise wrócił wzrokiem do swojej książki, bijąc się z sobą samym w myślach. Spojrzałam na niego.
-Co to było? - wymamrotałam zdziwiona. Zabini nie był chyba świadomy, że widziałam to, gdyż spłonął rumieńcem, który był widoczny, mimo jego ciemnych policzków. Uniosłam lewą brew wyżej. - Podoba ci się Pansy? - dodałam dogłębnie zaskoczona. Ten przyłożył swój palec do moich ust uciszając mnie.
Teraz byłam jeszcze bardziej zdziwiona.
-Musisz się tak drzeć? - spytał zakłopotany. Wzruszyłam niewinnie ramionami i nachyliłam się nad nim, ażeby bibliotekarka nas nie wyrzuciła.
-Czemu po prostu do niej nie zagadasz? Jesteś zabawny, przystojny i Czystokrwisty. Idealny kandydat - mruknęłam cicho. Zabini spojrzał na mnie smutno.
-Emmie, taki to ja już byłem dawno temu. Wtedy kompletnie mnie nie zauważała, tak jak teraz - odparł, a ja westchnęłam lekko kiwając głową. Przełożyłam kolejną kartkę w Fantastycznych Zwierzętach. Usłyszałam nagłe zapowietrzanie się Zabiniego. - Wiem co robić - szepnął ze wzrokiem wyrażającym czysty geniusz. Wzniosłam na niego wzrok znad zdjęcia rodziny hipogryfów.
-Zaskocz mnie.
-Czy mogłabyś udawać, że jesteśmy razem przez jakiś czas? Nie masz chłopaka, a ja mogę przez to zyskać Parkinson - wymamrotał, a moje oczy rozszerzyły się z zaskoczenia. - Przecież i tak spędzamy ze sobą sporo czasu - dodał proszącym tonem. Zmarszczyłam brwi.
-Co ja z tego będę miała? - spytałam, a ten wskazał z głupim uśmiechem na siebie. Zaprzeczyłam ruchem głowy. Jeśli tylko to, to trochę nie warto.
Zabini zamyślił się na moment.
-Obiecuję, że w żaden sposób nie będziemy poniżać, ani naruszać przestrzeni osobistej Longbottoma - wymamrotał. Spojrzałam na książkę. To był naprawdę dobry pomysł. Neville mógłby wtedy normalnie funkcjonować na zajęciach i nie obrywać za byle co. Wzniosłam wzrok na czarnoskórego chłopaka i wyciągnęłam ku niemu dłoń.
-Zgadzam się.
~~~
Ah, powiedzmy, że wracam. Wzięłam sobie za cel dokończyć tego bloga. Mam pomysł i mało czasu XD

niedziela, 4 sierpnia 2019

Rozdział 14

Obudziłam się z delikatnym bólem głowy. Przetarłam oczy kłykciami i uchyliłam lekko powieki. Dziewczyny już krzątały się po dormitorium szukając ciuchów i zbierając się na śniadanie. Usiadłam na łóżku i zsunęłam nogi na podłogę. Razem z nimi wylądowała na niej czarna bluza. Zmarszczyłam brwi i podniosłam ją.
-Czy to którejś z was? - spytałam unosząc ją do góry, by była dobrze widoczna.
Dziewczyny spojrzały na mnie i jednoznacznie zaprzeczyły ruchem głowy.
-Jak przyszłaś z Hogsmeade to już miałaś ją na sobie - odparła Lavender. Kiwnęłam głową i zaczęłam się zbierać. Musiała być Zabiniego, bo szafę Longbottoma znam na pamięć. On moją zresztą też.
Kilka minut później byłam gotowa do wyjścia. Przewiesiłam plecak przez ramię i ruszyłam do Pokoju Wspólnego, a następnie do Wielkiej Sali. Po drodze dogonił mnie Neville.
-Jak tam wczorajsza randka? - spytałam wesoło. Ten uśmiechnął się do mnie bardzo delikatnie.
-Udana, pewnie Luna zgodzi się na drugą. Po zajęciach ją spytam - powiedział naprawdę mocno starając się ukryć uśmiech. Poklepałam go po ramieniu radośnie.
-Bardzo się cieszę, zasługujesz na to - odparłam siadając przy naszym stole, na naszych stałych miejscach. Ujęłam dwa tosty i posmarowałam je masłem. Zaraz po tym złapałam za kubek z kawą i upiłam łyka.
-A ty w końcu z kim wczoraj skończyłaś? - spytał Neville odwracając ku mnie głowę. Otworzyłam usta, by wyartykuować odpowiedź.
W tym samym momencie ktoś położył rękę na moim ramieniu. Odwróciłam się i ujrzałam Zabiniego. Widziałam trochę zdziwione spojrzenie Longbottoma kątem oka.
-Cześć Blaise, mam coś co należy do ciebie - powiedziałam i zaczęłam grzebać w plecaku. Wyciągnęłam czarną bluzę i podałam mu.
-Emmie, nawet nie pamiętam, że ci ją dawałem - zaśmiał się Ślizgon. Jego śmiech był niesamowicie dźwięczny.
-To po co podszedłeś? - spytałam trochę zdziwiona. Zabrał bluzę i przewiązał ją sobie na biodrach.
-Chciałem ci podziękować za wczoraj. Mam nadzieję również, że się dzisiaj na spotkaniu Klubu Ślimaka zobaczymy - odparł wesoło patrząc mi w oczy. Pokiwałam radośnie głową.
-Jeszcze mnie Slughorn nie zaprosił, ale jeśli to zrobi to jak najbardziej - stwierdziłam, a ten kiwnął głową i ruszył do swojego stolika. Spojrzałam na trochę zaskoczonego Neville'a.
-Czyli z nim skończyłaś? - spytał lekko zawiedzionym głosem. Uśmiech zszedł z mojej twarzy i tylko wzruszyłam ramionami.
-Rasmusa i bliźniaków nie ma. Tobie nie chciałam wchodzić na głowę, bo od dawna się cieszyłeś na tą randkę. Poszłam do baru i przyszedł, pogadaliśmy tylko - wyjaśniłam spokojnie. Longbottom chwilę na mnie patrzył i dotknął mojej dłoni.
-Jeśli tylko spróbuje ci coś zrobić to go zabiję - powiedział nachylając się nad moim uchem. Zaśmiałam się wesoło i zasalutowałam.
Taki przyjaciel to największy skarb.
Powoli zaczęliśmy wychodzić po śniadaniu z Wielkiej Sali. Znowu poczułam dłoń na ramieniu. Tym razem jednak był to Slughorn.
-Słucham Profesorze? - mruknęłam z lekkim uśmiechem na twarzy. Jego oczy aż się zaświeciły.
-Dzisiaj o 20 w moim gabinecie jest kolejne spotkanie Klubu Ślimaka. Zapraszam cię Clementine - powiedział bardzo wesoło, a ja kiwnęłam głową.
-Postaram się być. Dziękuję za zaproszenie - odparłam i ruszyłam na zajęcia.
~~~
Ruszyłam powoli do gabinetu Slughorna. Nie byłam dalej przekonana co do tych spotkań, ale miałam człowieka, który chciał mi tam pomóc. Nie chciał tak samo jak ja tam siedzieć, ale nie mógł zawieść Slughorna. Ani mnie.
Nacisnęłam na klamkę i uchyliłam drzwi. Wszyscy już byli. Zostało tylko jedno wolne miejsce. Uśmiechnęłam się najpierw do Profesora, potem do Zabiniego, który trzymał to miejsce dla mnie.
-Clementine, witamy - powiedział wesoło Slughorn, a ja kiwnęłam głową w jego stronę siadając koło Ślizgona.
-Dobry wieczór - odparłam wystarczająco głośno, żeby mnie usłyszał.
-Ominęły cię najświeższe ploteczki - stwierdził rozbawiony Zabini nachylając się nad moim uchem.
-Coś ciekawego? - spytałam ujmując szklankę z wodą. Ten zaprzeczył ruchem głowy.
-Nie wiem na co ty tutaj liczysz - odparł wesoło. Wzruszyłam lekko ramionami i upiłam kilka łyków wody.
-Jak już mówisz o ploteczkach to na coś ciekawego - odparłam, a ten rozbawiony dźgnął mnie w bok i już miał coś odpowiedzieć, jednak przerwał mu Profesor.
-Może pan Zabini opowie coś o swoich rodzicach? - zaproponował Slughorn niespodziewanie. Ślizgon spojrzał na niego i z szacunkiem kiwnął głową.
-Moja mama w tym momencie siedzi w domu. W dzień chodzi do pracy w Ministerstwie Mag-
-A twój ojciec? - przerwał mu Potter kąśliwie. Oczywiście musiał o coś takiego zapytać. Wszyscy wiedzieli, że jego rodzice się rozwiedli. Krążyło nieskończenie wiele plotek o tym. O zabiciu jego dziadków przez jego ojca. O separacji. O jego przynależności do Śmierciożerców. Nikt nigdy jednak nie chciał tych plotek zdementować. Porozmawoać z Blaisem.
Zabini zachowując zimną krew spojrzał w jego stronę. Uśmiechnął się bardzo delikatnie.
-Nie mam ojca - powiedział pewnym, niskim głosem.
Miałam wrażenie, że wszystkie rozmowy na ułamek sekundy zamilkły. 
Slughorn zwrócił głowę w moją stronę. Chciał szybko to zatuszować, zapomnieć. Więc czekałam na kolejne kretyńskie pytanie.
-Twój tata musi być dumny z brata - stwierdził wesoło. - Twoja mama najpewno też by była. Niesamowita kobieta - westchnął, przypominając sobie dobre chwilę pełne mojej mamy. - Pamiętam, jak Frances chodziła na moje zajęcia. Wybitnie mądra kobieta. I te jej niesamowite oczy. Zawsze ukazywały taką mądrość w tak młodej osobie - dodał, a ja kiwnęłam głową. Zajął się kolejną osobą.
Lekko posmutniałam, jednak Zabini to zauważył i położył dłoń na moim kolanie. Dokładnie tak, jak robił to Fred.
Uśmiechnęłam się do niego blado. Ten zwężył oczy i nachylił się nade mną.
-Chcesz się stąd wyrwać? - spytał, a ja szybko kiwnęłam twierdząco głową. Blaise złapał za widelec i niby przypadkiem go upuścił. W momencie zanurkował pod stołem, a wracając mocno w niego czymś uderzył. Aż całym stołem zatrzęsło. Wyszedł trzymając się za czubek głowy.
-Blaise, wszystko w porządku? - spytał Slughorn, a Zabini kiwnął głową niemrawo. - Clementine, Blaise chyba gorzej się czuje, mogłabyś go odeskortować do Skrzydła Szpitalnego? - dodał trochę zaniepokojony mężczyzna.
-Dobrze panie profesorze - odparłam i wyciągnęłam ramię w stronę Zabiniego. On podparł się na niej i tak wyszliśmy z gabinetu.
W momencie, gdy zamknęły się za nami drzwi jego dłoń zsunęła się z głowy i uśmiechnął się do mnie.
-Wiedziałam, że nic ci nie jest - zaśmiałam się idąc z nim, dalej pod rękę w stronę schodów. Ten wzruszył ramionami.
-Chciałaś stąd wyjść - przypomniał i zaczął nas kierować w górę zamku. Już chciałam otworzyć usta, by spytać gdzie idziemy. Zabini położył palec na swoich i szedł dalej schodami.
W końcu weszliśmy na siódme piętro. Zaczął chodzić koło ściany, a ja zmarszczyłam brwi.
-Co - przerwało mi otwieranie się ściany. Czy to był ten sławny Pokój Życzeń?
Weszłam do środka, wydawał się dosyć małym pokojem. Jednak cały był wyłożony puszystym, ciemnym dywanem. Na środku stały trzy białe kanapy i kilka foteli w różnych kolorach. Usadowiłam się na jednej z kanap rozkładając na nią nogi. Zabini siadł na fotelu obok mnie. Spojrzałam na niego z lekkim uśmiechem.
-Podoba ci się tutaj? - spytał, na co ja pokiwałam głową twierdząco. - Pomyślałem, że nie chcesz tam rozmawiać o ważnych rzeczach. Tutaj też nie musisz, ale jeśli potrzebujesz o czymś porozmawiać to cię słucham - powiedział patrząc mi pewnie w oczy. Wzniosłam na moment wzrok w górę i  znowu kiwnęłam głową.
-Nie lubię rozmów o mojej mamie - powiedziałam dosyć cicho. Zabini kiwnął głową.
-Dlaczego? - spytał spokojnie. Nie musiał mnie słuchać, jednak sam zaproponował trudną rozmowę.
-Znaczy się, uwielbiam o niej rozmawiać, ale mam wrażenie, że wszyscy ją znali. Ja nie miałam tego przywileju i chyba zazdroszczę tych wszystkich historii z nią - mruknęłam, a Zabini nachylił się nade mną i położył dłoń na mojej dłoni. Uśmiechnęłam się blado.
-Chcesz wiedzieć dlaczego nie mam ojca? - spytał po chwili ciszy Blaise. 
-Jest o tym wiele spekulacji. Każdy znajduje inny powód - odparłam i spojrzałam na niego.
-Wiem - stwierdził. - Od małego byłem ja, mama i ojciec. Wstąpił do Śmierciożerców jak miałem może cztery lata. Wtedy w domu rozpętało się piekło. Moja mama nienawidziła całym sercem Śmierciożerców, czyli automatycznie ojca. Kiedy nie wiedział, jak 'przemówić' do mamy, zaczął stosować wobec nas przemoc. Najpierw bił mamę, potem jeśli dalej na niego krzyczała bił i mnie. Wtedy cichła.
Moja dłoń mocniej ścisnęła dłoń Zabiniego. Cały czas patrzyłam mu w oczy.
-Jak dostałem list z Hogwartu steierdziłem, że nie mogę tak jej zostawić. Powiedziałem mamie, że albo się gdzieś wyprowadzimy, albo nie idę do Hogwartu - przystanął na tym ultimatum, żeby spleść nasze ręce razem. Gładziłam go po dłoni. - Wyprowadziliśmy się. Do tej pory nas nie znalazł. Nie wiem czy szukał. Jednak nikogo już więcej z rodziny nie skrzywdził - przyznał Zabini i uśmiechnął się blado. Kiwnęłam głową.
-Dziękuję, że mi to powiedziałeś - stwierdziłam cicho i uśmiechnęłam się lekko.
-Dziękuję, że słuchałaś - odparł, a ja kiwnęłam głową. Resztę wieczoru rozmawialiśmy o mniej poważnych rzeczach, a ja miałam wrażenie, że powstanie z tego dosyć miła relacja.
O dziwo, bardzo się z niej cieszyłam. Czy aż tak się różniliśmy, czy po prostu nigdy nie rozmawialiśmy poważnie?
~~~
Trochę mnie nie było. Ale stwierdziłam, że może to będę reaktywować? Kto wie. Pozdrawiam z Nowego Jorku.

niedziela, 23 grudnia 2018

Rozdział 13

Stanęłam w drzwiach Wielkiej Sali ramię w ramię z Longbottomem. Mieliśmy idealny plan. Zjeść śniadanie, zanieść walizki i jak najszybciej ruszać z wszystkimi do Hogsmeade. W końcu była niedziela, prawda? Najlepszy dzień na dokupienie słodyczy czy innych potrzebnych rzeczy.
Czyli pewnie dalej słodyczy, tylko o wiele większą ilość. Może Piwo Kremowe? Albo Ognistą, jeśli uda mi się ją tylko kupić.
Usiadłam koło Longbottoma łapiąc cokolwiek było w pobliżu i spokojnie układając z tego śniadanie. Wyszło mi coś na wzór kanapki, z wieloma dziwnymi, zazwyczaj nie łączącymi się składnikami. Wgryzłam się w tosta i spojrzałam na swojego przyjaciela, który wzrokiem co jakiś czas uciekał ku stołowi Krukonów.
-Zaprosiłeś ją wreszcie do Hogsmeade? - spytałam tuż po przełknięciu dużego gryza. Ten spojrzał na mnie trochę nieprzytomnie. - Lunę - dodałam ujmując kubek z parującą kawą. Ten kiwnął niepewnie głowa, a na jego policzkach rozlał się delikatny rumieniec.
-Zgodziła się pójść ze mną do Herbaciarni dzisiaj - powiedział, a ja uśmiechnęłam się do niego wesoło. Upiłam kawy i położyłam dłoń na jego ramieniu.
-Nawet nie wiesz jak się z tego cieszę - odparłam wesoło, a jego twarz rozjaśnił uśmiech. Z oczu biło ciepło i wdzięczność. - Kocham cię, a ty jak najbardziej zasługujesz na szczęście - dodałam, a ten ujął moją dłoń i ścisnął ją w podzięce.
-Ja ciebie też kocham - mruknął wesoło i już w lepszym humorze dokończył śniadanie. Po skończonym posiłku ruszyliśmy zanieść szybko bagaże, których nie było jakoś specjalnie dużo, ale żadnemu z nas nie chciało się ich targać do Hogsmeade. Wchodząc po schodach prowadzących do dormitorium trochę posmutniałam. Pierwsze wyjście do Hogsmeade bez prawie nikogo bliskiego.
Bliźniaków nie ma, tak samo jak Rasmusa. Neville ma randkę. A ja muszę sobie znaleźć nowych znajomych, bo nie mam z kim wychodzić na Ognistą.
Longbottom czekał na mnie przy obrazie Grubej Damy. Uśmiechnęłam się do niego i razem zeszliśmy na dół w miejsce zbiórki. Masa dzieciaków zebrała się tuż za opiekunami domów. Widziałam wielkie szczęście na twarzach tych, którzy szli tam pierwszy raz i trochę znudzenie na tych, w moim wieku.
Położyłam dłoń na ramieniu Neville'a, a ten spojrzał na mnie. Był trochę zdenerwowany tym wszystkim.
-Poradzisz sobie, leć do niej - mruknęłam, a ten kiwnął głową i mnie opuścił. Wszyscy ruszyliśmy za McGonagall. Najpierw słodycze czy Ognista? Pierwsze po drodze było Miodowe Królestwo, ale byłam gotowa poświęcić się i pójść najpierw Gospody pod Świńskim Łbem. Po drodze wielu uczniów odchodziło do kilku sklepów, a w wąskie i oddalone uliczki niewielu się zapuszczało. Weszłam do środka i zobaczyłam, że za ladą nie stoi, tak jak byłow  zwyczaju, Aberforth Dumbledore, tylko jakiś młodszy chłopak, ale zdecydowanie już zniszczony przez życie.
Usiadłam przy ladzie i spojrzałam na niego z lekkim uśmiechem. Jego brązowe włosy zatańczyły na jego głowie, gdy tylko podchodził do mnie. Zielone oczy emanowały szczęściem wymieszanym z wielkim doświadczeniem życiowym. Jego lewy płatek ucha był pokryty kilkoma kolczykami, a spod podwiniętej do rękawów koszuli wystawały ślady kolorowych tatuaży.
-Co podać? - spytał oddając uśmiech lekko. Zdecydowałam się zaryzykować i spróbować szczęścia.
-Szklaneczkę Ognistej - powiedziałam dosyć poważnym tonem. Ten pokręcił głową z rozbawieniem, ale nalał mi alkoholu. Uśmiechnęłam się do niego wesoło i ujęłam ją.
-Dziękuję - powiedziałam i upiłam sporego łyka ze szklaneczki. Chłopak ponownie się zaśmiał i poszedł obsłużyć innego klienta. Usłyszałam za plecami dzwoneczek zwiastujący, że ktoś nowy wszedł do Gospody. Nikogo się nie spodziewałam, więc kiedy ktoś położył dłoń na moim ramieniu nieznacznie podskoczyłam na siedzeniu.
-Spokojnie Emmie, przepraszam - powiedział wesoło Zabini pojawiając się za mną Bóg raczy wiedzieć skąd. Spojrzałam na niego ze szklanką Ognistej w dłoni.
-Przestraszyłeś mnie - przyznałam i uśmiechnęłam się lekko. Ten usiadł koło mnie przy ladzie. - Gdzie masz znajomych? - spytałam lekko zdziwiona, że nie jest obstawiony Malfoyem, Goylem, Crabbem i Parkinson. Ten wzruszył ramionami.
-Malfoy stwierdził, że musi coś załatwić i oni powiedzieli, że pójdą z nim. Mi się natomiast nie chciało - mruknął spokojnie. Kiwnęłam głową i uśmiechnęłam się lekko. - A ty czemu sama siedzisz? - dodał, a ja dopiłam duszkiem szklaneczkę Ognistej. Barman od razu to zauważył i nalał dwie szklaneczki. Uśmiechnęłam się do niego promienie.
-Bliźniacy są w domu. Rasmus również, a Neville jest w Herbaciarni. Muszę sobie znaleźć znajomych - mruknęłam wędrując wzrokiem za chłopakiem. Zabini uśmiechnął się rozbawiony.
-Jeśli chodzi o znajomych od kieliszka to służę pomocą - powiedział ujmując szklankę i wlewając w siebie połowę napoju. Zwróciłam na niego wzrok również się uśmiechając. Podniosłam szklaneczkę w jego stronę
-W takim razie Blaise, za znajomych od Ognistej - stwierdziłam, na co on stuknął swoją szklanką o moją. Pokręciłam z politowaniem głową. Nie wierzyłam, że kiedykolwiek będę mogła uznać Zabiniego za kogoś więcej, niż idiotę lubiącego dokuczać Gryffonom, tylko dlatego, że był w Slytherinie. 
Oboje dopiliśmy alkohol znajdujący się w szklankach. Znowu z tyłu rozbrzmiał dzwonek zwiastujące przyjście nowych ludzi. Nawet się nie obracałam. Nie przychodziło tutaj zbyt wielu ciekawych typów. 
-Mam propozycję - usłyszałam nieśmiały głos Zabiniego. Spojrzałam na niego znad pustej szklaneczki. - Zagramy w grę. Zadajemy sobie pytania, ale jeśli ktoś nie chce na nie odpowiedzieć pije łyka alkoholu - dodał, a ja kiwnęłam głową spokojnie.
-Chcesz mnie poznać? Czy tylko się rozczarować? - odparłam z wesołym uśmiechem. Ten spojrzał na barmana, który zaproszony wzrokiem Zabiniego nalał nam jeszcze raz kolejkę.
-Zadałbym ci to samo pytanie - odparł wesoło. Spojrzałam na chłopaka za barem, który zręcznie rozlał nam jeszcze Ognistej. Czułam, że nie wrócę na dwóch nogach do Hogwartu.
-Okej, ja zacznę. Czemu tak nas tępicie? Co wam zrobił kiedykolwiek Gryffindor? - spytałam ujmując moją pełną szklankę obdarowując barmana wdzięcznym wzrokiem. Ten uśmiechnął się dalej bardzo wesoło. Zabini również ujął swoją.
-Wydaje mi się, że to nie jest tak, że nienawidzimy wszystkich Gryffonów, ale są u was jednostki, które tak się wywyższają swoim idiotyzmem, że przekłada się to na relację z wami wszystkimi - mruknął patrząc na mnie spokojnie. - Taka Granger. Nawet ty jej nie lubisz - dodał, a ja kiwnęłam głową rozbawiona.
-To już inna historia - zaśmiałam się doskonale wiedząc czego będzie dotyczyć kolejne pytanie. Ten uśmiechnął się.
-Opowiadaj - powiedział rozbawiony i walnął mnie lekko w ramię. Spojrzałam na alkohol i położyłam go na blacie.
-Wszystko zaczęło się od kłótni z Potterem, którego szczerze nienawidzę. To, że on mnie tak nienawidzi wpłynęło też na nią. Przez to na drugim roku w Święta wydarłam się na nią i nazwałam ją Szlamą w przypływie emocji. Najbardziej ma mi za złe to, że Weasleyowie poparli moją stronę. Że poszli za mną - wymamrotałam i zapominając upiłam trochę alkoholu. - Wiadome, że Molly opierdoliła mnie strasznie za tą Szlamę, ale jednak to ja wtedy byłam ich rodziną. To o mnie się troszczyli odkąd Rasmus zaczął zadawać się z bliźniakami. I tutaj też wychodzą moi bracia. Zawsze razem z nimi wpadałam w kłopoty, za co obrywał Gryffindor, więc święta Granger miała mi to za złe - zakończyłam upijając ponownie alkohol. Usta Zabiniego wyginały się w lekkim uśmiechu.
-Naprawdę zalazłaś jej za skórę - powiedział wyciągając przed siebie dłoń, by mi pogratulować. Ze śmiechem ścisnęłam ją.
-Przyjemność po mojej stronie - stwierdziłam rozbawiona. Tą samą dłonią ujęłam alkohol i spojrzałam na niego ponownie. 
-Czuję, że za takie dwie szklaneczki nie będzie kogo zbierać - mruknął Blaise. Zaśmiałam się i spojrzałam na barmana.
-Możemy zapłacić? - spytałam, a ten kiwnął ochoczo głową. Położyłam dwa galeony na ladzie licząc na szybko, że wyjdzie trochę mniej za ilość szklaneczek. Wstałam z siedzenia.
-Reszta jeszcze - powiedział chłopak, a ja spojrzałam na niego. Machnęłam dłonią, że naprawdę nie trzeba. - Jestem Will - dodał kiwając z wdzięcznością głową.
-Clementine - odparłam, gdy Zabini już stał w drzwiach czekając na mnie. Ruszyłam do chłopaka. Ten podsunął mi swoje ramię, na którym chętnie się wsparłam.
-Idziemy gdzieś jeszcze? - spytał trochę niewyraźnym głosem. Kiwnęłam twierdząco głowa i zaprowadziłam go do Miodowego Królestwa licznie zapełnionego naszymi kolegami i koleżankami. Teraz naprawdę ani mi, ani Blaise'owi nie wydawało się to przeszkadzać. 
Pakowaliśmy do koszyka najróżniejsze słodycze, co tylko wpadło nam w ręce. Paczek Fasolek Wszystkich Smaków było z dziesięć. Z wypchanym po brzegi koszykiem dotarliśmy do kasy weseli, jak nigdy wcześniej.
Gdy Zabini kładł pieniądze na ladzie po mojej głowie przemknęło, jakim cudem ja nigdy nie zauważyłam, że to jest taki normalny człowiek. Taki dobry kolega, o ile to było dobre stwierdzenie. Wtedy jeszcze nic nie wiedziałam, niczego nie podejrzewałam, wtedy tylko dobrze się bawiłam.
~~~
Chwilę mnie tu nie było, ale stwierdziłam, że kiedyś w końcu trzeba wrócić, prawda? Także życzę wszystkim Wesołych Świąt, pozdrawiam i zapraszam do komentowania.

sobota, 24 listopada 2018

Rozdział 12

-Po co tu jesteś Crouch? – spytałam zmęczonym głosem. Ten uśmiechnął się lekko do mnie i przechylił ciało bardziej w moją stronę.
-Chciałem cię przeprosić. Za moją nieobecność, za ten incydent u Longbottomów. Wiem, że w tym momencie musisz mnie nienawidzić za cale zło, jakie wypisują o mnie w gazetach. Nawet nie będę się próbować tego wypierać, bo bym skłamał. Ale nawet nie wiesz jaki szczęśliwy stałem się, gdy zobaczyłem cię tam w tym domu. Jak moje serce podskoczyło do góry, kiedy rozpoznałem twoje rysy twarzy. Mimo tego przerażenia na twojej twarzy, tego żalu – urwał, żeby spojrzeć mi w oczy. – Przepraszam – dodał, a ja westchnęłam głęboko.
Nawet nie wiedział jak bardzo się mylił. Nie nienawidziłam go. Nienawidziłam tego człowieka, o którego okrucieństwie rozpisują się gazety w niesamowitych słowach. Tego Śmierciożercy, który nie zna granic. Tego co zatracił swoje człowieczeństwo.
-Nie było cię przez tyle lat. Gazety pisały o twoich kolejnych morderstwach. Nie wiedziałam jak mam się czuć. Nie pisali tam o Bartym, który uczył mnie jeździć na rowerze, oglądał ze mną łabędzie czy zaklejał rany na kolanach kolorowymi plastrami – mruknęłam, a ten uśmiechnął się lekko, sięgnął do kieszeni ciemnej marynarki i wyciągnął portfel. Zmarszczyłam lekko brwi, ale on otworzył go i wyjął coś z niego. Jakieś papierki. Podsunął zamkniętą dłoń w moją stronę. Musiałam wstać i usiąść na łóżku, bo był za daleko. Ujęłam kilka zwitków w dłoń i otworzyłam ją.
Na mojej ręce znajdowały się te same kolorowe plastry z trytonami, smokami i hipogryfami, którymi kiedyś zaklejał mi rany na kolanach. Lewy kącik moich ust podniósł się delikatnie do góry. Spojrzałam na jego rozciągniętą w lekkim uśmiechu twarz.
-Pamiętasz? – spytał, gdy przekładałam plastry między palcami.
-Jak mogłabym zapomnieć? – odparłam pytaniem i podsunęłam długi rękaw u prawej ręki ukazujący małą bliznę na zewnętrznej stronie ręki, tuż pod łokciem. – Na to zmarnowałeś całą paczkę tych plastrów – dodałam rozbawiona. Ten kiwnął głową wesoło.
-Nie mogłem zrozumieć jaką magię muszą w sobie mieć te plastry, że wystarczy jeden, a ty już nie płaczesz, mimo że masz rozwaloną rękę w kilku miejscach – powiedział kiwając głową z politowaniem. Wzruszyłam bezradnie ramionami i położyłam mu plastry na dalej otworzonej dłoni. Ten zacisnął palce na mojej dłoni lekko. – Emm, niczego tak w życiu nie żałowałem, jak zostawienia ciebie bez słowa. Wydawało mi się to bezpieczniejsze. Nie przyszliby po ciebie, nie wiedzieliby kim jesteś. Nie mieliby mocy w złamaniu mnie – dodał patrząc mi w oczy.
-Twoją słabością jest dzieciak, co z ciebie za Śmierciożerca? – spytałam z lekkim rozbawieniem. Ten spojrzał na mnie z udawanym oburzeniem i zaśmiał się wesoło. Szturchnął mnie w żebra lekko. – Pokazuj się częściej. Może nie w Hogwarcie, ale napisz coś czasami. Jednak trochę czasu minęło, a ty wisisz mi przynajmniej ze sto czekoladowych lodów – dodałam wesoło, a ten kiwnął poważnie głową.
-Z wielką chęcią – odparł i podniósł moja brodę w górę dłonią. Spojrzałam na niego trochę zdziwiona, po czym on lekko się nade mną nachylił. Musnął moje usta swoimi. Nie spodziewałam się tego, ale na moje usta automatycznie wstąpił uśmiech. Crouch odsunął się i uśmiechnął do mnie. – Muszę się zbierać. Mam nadzieję, że za niedługo się zobaczymy – powiedział wesoło. Był dumny z siebie w głębi duszy. Starał się nic nie pokazywać, ale dawno nie widziałam go tak usatysfakcjonowanego czyjąś reakcją.
-Do zobaczenia – powiedziałam wstając z łóżka. Ten kiwnął głową i wyszedł balkonem. Jeszcze odwrócił się zanim zamknęłam drzwi balkonowe.
-Uważaj na siebie Emm – mruknął to samo co w domu Longbottomów i zniknął w obłoku czarnej mgły. Weszłam do pokoju i otworzyłam zamek w drzwiach. Usiadłam na łóżku.
Wiedział, że może pozwolić sobie na wiele. Wiedział, czym nie przekroczy granicy. Doskonale wiedział, że wywoła uśmiech na moich ustach. Pieprzony Barty. Zaśmiałam się ze swojej własnej głupoty i wsunęłam pod kołdrę. Zamknęłam oczy i zasnęłam.
Rano obudził mnie męczący głos mówiący w kółko moje imię nad głową. Uchyliłam powieki i ujrzałam mojego starszego brata. Uśmiechnęłam się delikatnie.
-Nie chciałem cię budzić - urwał, bo zrozumiał, że dokładnie to właśnie zrobił. - Idziesz ze mną do pracy? Zrobiłem ci kawę - dodał wesoło, a ja przetarłam kłykciami oczy. Usiadłam na łóżku.
-A mogę iść w piżamie? - spytałam przejeżdżając palcami po włosach. Ras zaśmiał się i kiwnął głową lekko.
-Pogadam z szefem, ale chyba nie będzie miał z tym problemu - stwierdził rozbawiony, a ja uśmiechnęłam się do niego. Ten wyszedł z mojego pokoju i ruszył na dół po schodach. Zsunęłam się z łóżka i podeszłam do lustra stojącego w kącie pokoju. Nie było tragicznie, ale o tej porze nie chciało mi się nakładać makijażu. Przeczesałam włosy i spięłam je w koka na czubku głowy. Przygładziłam dłonią bordową koszulkę z kieszenią na jednej z piersi i poprawiłam ciemne, prawie czarne proste dresy. Pozostawała jedna kwestia. Iść w papciach?
Spod łóżka spoglądały na mnie pandy.
-Nie dzisiaj - mruknęłam i ruszyłam na dół po obiecaną kawę. Weszłam do kuchni, a na stole stał kubek razem z dwoma naleśnikami, które pachniały już ze schodów Nutellą i bananami. Uśmiechnęłam się wesoło do brata, który kończył już swoją porcję.
-Smacznego - powiedział radośnie, kiedy siadałam przy stole. Kiwnęłam głową i zaczęłam jeść to co mi przygotował. Nie można chyba było sobie wymarzyć lepszego rozpoczęcia dnia, prawda?
-Chłopaki są już w sklepie? - spytałam upijając kawy z kubka. Ras kiwnął głowa zanosząc pusty talerz do zlewu.
-Gotowa? - spytał, a ja kiwnęłam głową. Oboje wyszliśmy z domu z wesołym nastawieniem. Weszliśmy do samochodu Rasmusa, który spokojnie zawiózł nas pod Dziurawy Kocioł. Niedługo po tym staliśmy już w biurze na zapleczu sklepu nie zauważeni przez żadnego z bliźniaków.
-Mogłabyś przeglądnąć te pudła? Ja idę poprawić wystawę - powiedział Ras, a ja kiwnęłam głową i usiadłam na podłodze. Ujęłam jeszcze z biurka nożyk do kartonu i zaczęłam rozcinać paczki.
W pierwszej była cała masa Lipnych Różdżek. Zaczęłam je liczyć, by wpisać to do rejestru ile ich jest. Stanęłam przy siedemdziesiątej drugiej, gdy drzwi do gabinetu się uchyliły.
-Ras? Jesteś tutaj? - usłyszałam głos Freda. Wychyliłam głowę zza biurka i uśmiechnęłam się wesoło do chłopaka.
-Nie ma go tutaj - powiedziałam wesoło.
-Clemmy? A ty nie powinnaś być w Hogwarcie? - spytał z mieszanką zdziwienia, ale i szczęścia w głosie. Wstałam i mocno się do niego przytuliłam. Ten oddał przytulenie. Odsunęłam się i usiadłam na biurku brata.
-Wczoraj byłam z Neville'm w Świętym Mungu. Puścili nas z Hogwartu, ale dzisiaj wieczorem wracam - powiedziałam radośnie. Fred kiwnął głową wesoło.
-Muszę ci coś powiedzieć. Będziesz z nas dumna - stwierdził pewnym głosem. - Z Georgem powoli przekonujemy się do pisania Owutemów - dodał, a ja wyszczerzyłam się do niego.
-Naprawdę? Jestem taka szczęśliwa - odparłam naprawdę wniebowzięta. Bardzo chciałam, żeby skończyli dobrze Hogwart. Nawet jeśli zrobili takie piękne piekło z zajęć Umbridge. Do gabinetu wszedł mój brat.
-Dobrze wam idzie praca - stwierdził rozbawiony, a ja wróciłam do liczenia Lipnych Różdżek.
W ciągu kolejnych kilku godzin udało mi się otworzyć wszystkie te pudła, a naprawdę była ich tutaj duża liczba. Spisałam wszystko co trzeba było. Fred i George tylko na przemian przychodzili i zabierali mi produkty, które zdążyłam przeliczyć. Kładli je na półkach, żeby czekały na klientów, których zresztą nigdy tutaj nie brakowało.
Nawet jeśli była to Pokątna i nie było za bardzo kontaktu z Hogwartem, to i tak pojawiało się tutaj wielu uczniów, nawet w okresie nauki w szkole. Czułam, że jest to jedna z ważniejszych rzeczy w rozkręceniu dobrego interesu. I im się to jak najbardziej udało.
Usiadłam na podłodze blisko wyjścia ze sklepu. Rasmus właśnie zamykał drzwi na klucz od wewnątrz. Koło mnie siedzieli zmęczeni bliźniacy popijający Ognistą w kubkach do kawy.
Moje autorytety.
Zabrałam kubek Fredowi i sama upiłam łyka. Ogień rozlał mi się po gardle i przełykiem powędrował dalej. Uśmiechnęłam się błogo.
-Tata mnie zabije, jak wrócisz pijana do domu - stwierdził Ras upijając ze swojego kubka trochę alkoholu. Uśmiechnęłam się do niego rozbawiona.
-Wpadnę tylko na moment. Zgarnę walizkę. Zawiezie mnie do Longbottomów? - spytałam wesoło, a Rasmus kiwnął głową twierdząco.
-Szkoda, że tak rzadko tutaj bywasz - stwierdził George tuż po przełknięciu łyka trunku. Machnęłam ręką wesoło.
-Bez was w Hogwarcie też nie jest jakoś kolorowo. Ludzie zaczynają się zmieniać trochę. Jak byliście, było prościej - stwierdziłam, a ci w tym samym momencie kiwnęli głową. Zaśmiałam się wesoło jeszcze raz upijając trochę z kubka Freda.
-Dalej Ślizgoni was dręczą? W sensie Neville'a? - spytał Rasmus. Spojrzałam na niego i westchnęłam lekko.
-Trochę mniej. W pociągu przyszli do nas, ale jakoś szybko się zmyli. Potem Slughorn mnie zaprosił do tego Klubu Ślimaka. Nie chciałam siedzieć koło Wybrańca, więc zostało mi miejsce koło Zabiniego. Nie wydaje się takim okropnym człowiekiem - mruknęłam, a Ras westchnął.
-Pozory - mruknął cicho pod nosem.
-Pewnie tak - stwierdziłam jeszcze ciszej, tak bardzo nie chcąc w to wierzyć. Chciałam wierzyć w przemianę Blaise'a. Dlaczego? Sama do tej pory nie wiem.
~~~
Wracam z kolejnym rozdziałem, nie tak długo mi zajęło jego pisanie. Nawet mi się podoba. Dlatego zapraszam do komentowania i pozdrawiam.

niedziela, 11 listopada 2018

Rozdział 11

Wchodząc na Wielką Salę w kącie ujrzałam lekki uśmiech i machającą do mnie dłoń. Nie byłam na początku pewna czy jeszcze nie śpię, ale po mrugnięciu jeszcze z trzy razy jednak stwierdziłam, że to jawa. Zabini machał mi od strony stołu Slytherinu.
Uniosłam dłoń i delikatnie machnęłam nią w jego stronę. Usiadłam koło jedzącego już tosty Neville'a.
-Cześć - powiedział wesoło chłopak kładąc tosta z Nutellą na moim talerzu. - I jak tam Klub Ślimaka? - dodał, gdy tylko spojrzałam w jego stronę ujmując tosta.
-W sumie bardzo dużo z tego co mówiłeś było jak najbardziej prawdą. W sensie to, że Slughorn zbiera tam ludzi, bo uważa, że kiedyś mu się przydadzą. Nawet nie wiesz jakie wielkie oczy zrobił, gdy mu powiedziałam, że Ministerstwo kupuje od moich braci rzeczy ze sklepu - stwierdziłam, a Neville zaczął się śmiać. Zmarszczyłam lekko brwi patrząc na niego zdziwiona.
-To urocze, że nazywasz ich swoimi braćmi - stwierdził wesoło, a ja uśmiechnęłam się delikatnie i ugryzłam tosta. 
To prawda, byli dla mnie ważnymi ludźmi i kochałam ich dokładnie tak samo, mimo że nie wszystkich znałam od samego początku. 
Największe szczęście? Wspólne obiady, rozmowy, milczenie. Ich obecność.
-Ale o dziwo porozmawiałam sobie normalnie z Zabinim. Tak naprawdę normalnie i zaskoczył mnie swoją osobą. Coraz bardziej mnie zaskakuje - stwierdziłam, a Longbottom kiwnął głową.
-Tylko się w nim nie zakochaj - odparł rozbawiony chłopak ujmując kubek soku dyniowego. Prychnęłam lekko i machnęłam dłonią. Ja i Zabini? Niedoczekanie. - Clem, puszczają mnie na weekend do domu, żebym poszedł do Świętego Munga. Idziesz ze mną? - spytał upijając sok dyniowy z kubka. 
Doskonale wiedział, że nie musi o to pytać. Do Franka i Alice zawsze z nim pójdę. Rzadko opuszczałam te wyjścia, nawet jeśli równało się to z zawaleniem jakiegoś testu czy spotkania ze znajomymi. 
-Oczywiście - powiedziałam gładząc go lekko po policzku i wróciłam do jedzenia śniadania.
~~~
Tuż przed przejściem na oddział, na którym leżeli rodzice Neville'a ujęłam jego dłoń i ścisnęłam ją dodając mu tym otuchy. Zawsze w ten sposób wchodziliśmy. 
Od momentu, w którym na pierwszym roku dowiedziałam się o jego rodzicach i o tym, co Bellatrix zrobiła im okropnego, oczywiście wszystko od bliźniaków, bo kto inny wie wszystko o wszystkich? Pierwszy raz poprosił mnie o przyjście z nim tutaj koło połowy pierwszego semestru pierwszego roku. Spotkaliśmy się w tydzień przed Świętami Bożego Narodzenia i akurat on i ciocia Augusta szli do szpitala. Poszłam z nimi.
Doszliśmy pod odpowiednią salę szybko, gdyż nasze nogi bezwiednie już prowadziły nas poprawnymi korytarzami. Neville dotknął klamki i nacisnął na nią uchylając drzwi. W środku stał pielęgniarz, który już nas dobrze znał.
-Dzień dobry Joe - powiedziałam z uśmiechem i wyciągnęłam ku niemu dłoń. Ten uścisnął ją lekko i dokładnie to samo zrobił z dłonią Longbottoma.
-Miło was widzieć - przyznał wesoło i ruszył do wyjścia, by zostawić nas samych z rodzicami. Usiadłam przy stole z Frankiem, który układał spokojnie puzzle. Ten uniósł głowę w górę i uśmiechnął się do mnie delikatnie.
-Pomóc ci Frank? - spytałam wesoło i położyłam dłonie przy układance. Frank spojrzał na Neville'a, który w tym momencie pozwalał swojej mamie dotykać się po twarzy. - Nev, może im coś przeczytasz? - zaproponowałam, a przyjaciel spojrzał na mnie z lekkim uśmiechem.
Ujął Baśnie Barda Beedle'a z półki i otworzył na pierwszej stronie. Usiadł koło Alice, która dłońmi dotknęła jego ramienia, by podnieść się i cały czas widzieć obrazki zawarte w opowieściach.
-Czarodziej i skaczący garnek - zaczął Neville układając się tak, żeby mama widziała dobrze wszystko co znajduje się na kartkach. - Żył raz pewien dobry, życzliwy ludziom stary czarodziej, który używał swojej mocy magicznej mądrze i wspaniałomyślnie dla dobra bliźnich - zaczął chłopak poważnym i spokojnym tonem. W rytm jego czytania powoli układałam, albo też pomagałam układać Frankowi puzzle z ładnym widokiem. Wsadzałam mu w dłonie puzzle i pokazywałam gdzie ma je wsadzić, by pasowały. Za każdym razem był tak samo zachwycony, jak przy pierwszym ułożonym kawałku. Na mojej twarzy malował się tylko delikatny uśmiech, który skrywał chęć płaczu nad ich okrutnym losem.
Gdy tylko Neville skończył po moim policzku pociekła łza. Otarłam ją szybko, żeby nie było widać, że się znowu rozklejam, co tutaj dosyć często mi się zdarzało, jednak nigdy przy Alice i Franku. Poczułam dłoń na ramieniu i usta muskające czubek mojej głowy.
-Dziękuję, że znowu miałaś siłę przyjść tutaj ze mną - wymamrotał Neville i szybko wrócił do mamy. Uśmiechnęłam się do rozbawionego Franka.
Mimo że nie byłam pewna czy mnie rozumieją, czy też jakkolwiek jest dla nich szansa na normalniejsze życie, cieszyłam się każdą drobnostką. Małym uśmiechem, głupim żarcikiem czy najmniejszym zwycięstwem. Kochałam ich dokładnie tak samo jak tatę.
Drzwi do sali się uchyliły i stanął w nich Joe, co oznaczało koniec naszej wizyty. Pogładziłam Franka po czuprynie i przytuliłam Alice dzierżącą w dłoni książkę, którą przed chwilą czytał Neville. Chłopak ujął moją dłoń i kiwając na pożegnanie pielęgniarzowi wyszliśmy z oddziału.
-Lecę do domu, pewnie tata coś ugotował. Idziesz ze mną? - spytałam wypatrując drzwi wyjściowych ze szpitala. Nev zaprzeczył ruchem głowy.
-Obiecałem babci, że wrócę szybko po szpitalu i wszystko jej opowiem - odparł, a ja kiwnęłam głową odnajdując wzrokiem samochód Rasmusa. Zatrzymałam się na moment i spojrzałam na Neville'a. Ten przytulił mnie lekko.
-Dziękuję - wymamrotał i ruszył do samochodu cioci Augusty. Kiwnęłam głową wiedząc, że i tak bym z nim poszła. I tak bym go tutaj wspierała. Jak prawdziwy przyjaciel.
~~~
W całym domu rozległo się pukanie do drzwi. Spojrzałam na tatę, ten wzruszył lekko ramionami. Wstałam od stołu, bo Rasmus nie pałał się do otworzenia drzwi.
-Otworzę – mruknęłam i ruszyłam w kierunku przedpokoju. Podeszłam do drzwi wejściowych i uchyliłam je. Zamarłam na moment.
-Cześć Emm – powiedział spokojnie brązowowłosy mężczyzna stojący za progiem. Łypał na mnie swoimi zniewalającymi brązowymi oczami. Zaprzeczyłam ruchem głowy.
-Nie powinno cię tu być. Nikt cię nie widział? – spytałam rozglądając się po okolicy. Nie było nawet żywej duszy. Nie było to jakoś specjalnie dziwne, bo był późny wieczór, ale dalej się martwiłam. Ten patrzył na mnie trochę rozbawiony.
-Chciałem porozmawiać normalnie. Myślałem, że Franka i Rasmusa nie ma – odparł spokojnie. Westchnęłam lekko i spojrzałam na niego.
-Wejdziesz na balkon do mojego pokoju? Nie mogę cię wpuścić do domu frontowymi rzwiami – stwierdziłam wzdychając ciężko. Ten kiwnął głową, a ja zamknęłam drzwi. Weszłam do kuchni i zgarnęłam ze stołu dwa tosty na talerzu.
-Kto to był? – spytał tata patrząc na mnie spokojnie.
-Jakiś mężczyzna, nie mógł znaleźć domu Andersonów – odparłam z uśmiechem. Ten kiwnął głową, a ja skierowałam swoje kroki ku wyjściu.
-Gdzie idziesz? – mruknął ponownie tata siedzący nad poranna gazetą przy stole. Podeszłam do niego i pocałowałam go w policzek. Uśmiechnęłam się wesoło.
-Lecę na górę. Jeszcze coś poczytam i idę spać – odparłam, a ten uśmiechnął się lekko do mnie i pokiwał z politowaniem głową. Zaśmiałam się lekko i ruszyłam schodami na górę. Po drodze z mojej twarzy zszedł uśmiech, a wstąpił niepokój. Weszłam do pokoju zamykając za sobą drzwi i przedarłam się przez stosy książek i płyt na jego koniec, gdzie było okno balkonowe. Otworzyłam je i wpuściłam Bartyego do środka. Ten usiadł na moim łóżku, a ja zasunęłam rolety, żeby żaden wścibski sąsiad nie miał zamiaru powiedzieć czegoś tacie. Odwróciłam się, żeby widzieć Bartyego.
-Dobrze wyglądasz Emm – stwierdził cicho, a ja przewróciłam oczami. Usiadłam na fotelu koło łóżka.
-Po co tu jesteś Crouch? – spytałam zmęczonym głosem.
~~~
Tak dawno mnie tu nie było. Winię za to wszytsko zmęczenie i studia, dlatego wybaczcie.  Ale zapraszam do komentowania i pozdrawiam.

niedziela, 7 października 2018

Rozdział 10

W dłoni ściskałam pergamin z zadaniem domowym na Obronę przed Czarną Magią do profesora Snape'a. Siedziałam bardzo cicho, gdy Nietoperz zbierał prace przechadzając się zarzucając peleryną na wszystkie strony.
Dzisiaj miał być ten wyczekany czwartek. Pierwsze spotkanie Klubu Ślimaka. Nie wiedziałam zupełnie czym się przejmuję. Było czym się przejmować? To co powiedział Neville o tym klubie zaczęło we mnie powoli rosnąć i zostawiło wiele nieścisłości związanych z moim stosunkiem do spotkania. Oczywiście byłam ciekawa, jak potoczy się to spotkanie.
-Panno Joyce, słucha mnie pani? - usłyszałam głos Snape'a, tuż po łokciu między żebrami od Longbottoma. Spojrzałam na Nietoperza, który stał koło mnie z wyciągniętą w moją stronę dłonią. Podałam mu moje zadanie domowe, do tej pory mocno ściśnięte w mojej dłoni. Uśmiechnęłam się przepraszająco, a ten tylko kiwnął głową lekko.
-Dzięki - mruknęłam nachylając się nad Nevillem, gdy Severus przeszedł do Ślizgonów. Longbottom uśmiechnął się do mnie delikatnie.
-Tak robią przyjaciele - wymamrotał, a ja kiwnęłam głową lekko, ale z wielką dozą radości.
Snape wrócił za swoje biurko i zaczął coś mruczeć pod nosem o zaklęciach leczących. Były szczególnie przydatne, gdy miało się dwie lewe ręce. Dokładnie jak ja.
Kilka tych podstawowych znałam z własnego życia i udało mi się nawet kilkakrotnie ich użyć. Przy nowych ujęłam pióro i zaczęłam sumiennie zapisywać to co wykładał profesor. Usłyszałam lekkie prychnięcie od strony Longbottoma. Zignorowałam je całkowicie.'
-Akurat ty powinnaś je znać - wymamrotał nachylając się nade mną chłopak. Spojrzałam na niego gromiąc go wzrokiem. Wróciłam do notatek. Przez to skupienie zajęcia w okamgnieniu się skończyły. Spakowałam pergamin do torby.
-Chciałam poznać nowe. Te już znam aż za dobrze - stwierdziłam przyspieszając krok, aby nadążyć za wychodzącym Longbottomem. Pokręcił tylko głową z politowaniem.
Doskonale zdawał sobie z tego sprawę, gdyż sam wielokrotnie był nimi traktowany. Akurat szczęście do przewracania się czy zacinania najgłupszymi rzeczami zdecydowanie oboje mieliśmy. W pewnym momencie życia zaczęłam się zastanawiać czy to nie jest jakaś pieprzona klątwa.
Nigdy się pewnie nie dowiem.
~~~
Poprawiłam włosy lekko opadające na moje ramiona i znowu spojrzałam w lustro. Czarny sweter nie podkreślał mi dokładnie niczego, po prostu był cholernie wygodny i nie najgorzej wyglądał z jeansami oraz czerwonymi trampkami.
-Stresuję się - mruknęłam szukając wzrokiem Longbottoma po pokoju. Ujrzałam go rozłożonego na moim łóżku z książką w dłoni. Wzniósł wzrok znad niej i spojrzał na mnie z uśmiechem.
-Nie masz powodu. Powinno być dobrze, a jeśli nie to równie dobrze możesz tam nie przychodzić już więcej - powiedział lekko wzruszając ramionami. Kiwnęłam głową wracając wzrokiem do lustra. Po raz siódmy przejechałam dłonią po czubku głowy, żeby wygładzić włosy.
-Odprowadzisz mnie? - spytałam znajdując jego twarz w lustrze. Neville skinął dobrodusznie głową, na co moją twarz rozświetlił uśmiech.
-Tylko musisz szybko się ogarniać, bo za piętnaście minut masz być na miejscu - mruknął spoglądając na zegarek. Przeklęłam cicho pod nosem. Wyszliśmy w pośpiechu z mojego dormitorium.
Przechodząc przez Pokój Wspólny zastanawiałam się kogo jeszcze mógł Slughorn zaprosić na spotkanie, prócz Zabiniego. Obawiałam się najgorszego, czyli Pottera. Było to jak najbardziej prawdopodobne, jeśli wierzyć temu co Longbottom opowiadał o profesorze.
W miarę zmniejszania dystansu do gabinetu coraz bardziej się stresowałam. Sama dokładnie nie wiedziałam czym.
Pod Gabinetem pożegnałam się ładnie z Nevillem, który zniknął za zakrętem kiwając z politowaniem głową. Westchnęłam lekko i zapukałam do drzwi. Chwyciłam za klamkę i pociągnęłam ją lekko. Ze środka słychać było spokojne rozmowy przerywane co jakiś czas wesołymi toastami profesora. Weszłam do środka.
Przy okrągłym stole, suto zastawionym zresztą, siedział Potter, Granger, McLaggen i Ginny Weasley. Czułam podchodzące do gardła śniadanie. Zamykając drzwi ktoś wsunął między nie, a framugę dłoń. Spojrzałam za siebie i ujrzałam ciemnobrązowe oczy wpatrzone prosto we mnie.
-Jeszcze ja - wymamrotał zziajanym głosem Zabini. Gdy tylko wszedł do środka, cały wysiłek znikł z jego twarzy. Zamknął zamiast mnie drzwi i wypatrzył Slughorna w tłumie.
-Cieszę się, że przyszliście - powiedział wesoło profesor i podszedł do nas. Kątem oka zauważyłam, że nie zostało wiele wolnych miejsc przy stole. Wróciłam wzrokiem do Slughorna i uśmiechnęłam się najmilej jak potrafiłam. - Chodźcie, zaprowadzę was na wasze miejsca - stwierdził i zaczął iść w stronę stołu. Szybko wyliczyłam, że mam marne szanse nie usiąść koło Pottera, gdyż koło niego było wolne miejsce. Oczywiście był plan B. Jednak on zakładał siedzenie między Zabinim, a McLaggenem. Brzmiał milej.
Usiadłam po prawej stronie Zabiniego i z uśmiechem odprowadziłam Horacego wzrokiem na jego siedzenie.
-Emmie, jak miło - szepnął Zabini nachylając się nade mną nieznacznie. Od razu w nosie zakręciło mi się od ilości wylanej na jego idealnie wyprasowaną czarną koszulę wody kolońskiej. Spojrzałam na niego i kiwnęłam głową z bladym uśmiechem.
-Blaise, nie schlebiaj sobie. Jesteś po prostu mniejszym złem - odparłam cicho, a ten prychnął lekko i zaczął słuchać Slughorna już w normalnej pozycji. Starałam się usilnie nie spoglądać w stronę Pottera. Już sama jego obecność mnie irytowała. Co gorsze siedział prawie naprzeciwko, więc były nikłe szanse na niepatrzenie na niego.
Usłyszałam donośny śmiech McLaggena tuż koło siebie, co delikatnie mnie przeraziło, gdyż zostałam wyrwana z nienawistnych myśli. Szklanka wody, której właśnie próbowałam sięgnąć, zakołysała się lekko. Gdyby nie refleks Blaise'a, narobiłaby wielkiego huku upadając na blat. Teraz tylko wywołała głupi uśmiech na twarzy Ślizgona i w sumie tylko on jakoś na to zareagował. Reszta zajęta była rozmowami między sobą, albo odpowiadaniem na pytania Slughorna. Obie te czynności wydawały się mocno uciążliwe.
-Dzięki - mruknęłam kierując wzrok na Zabiniego. Kiwnęłam głową delikatnie i uśmiechnęłam się, ponownie blado. Tym razem wzięłam pewnie szklankę w dłoń i upiłam z niej kilka łyków wody.
-A u twojego brata, Clementine, jak tam? Duży mają ruch w sklepie? - spytał z czystym zaciekawieniem Slughorn. Spojrzałam na niego przybierając na twarz najmilszy uśmiech, na jaki stać mnie było w tym momencie.
-Idzie im świetnie. Staram się jak najbardziej pomagać w sklepie. A że teraz mają wiele zamówień to na pewno się przydaję - odparłam spokojnym głosem. Ten kiwnął głową i radośnie klasnął w dłonie.
Wyglądał jak foka w oceanarium, którą szkolą, by małe dzieci ciągnęły rodziców na pokazy. Uśmiechnęłam się szczerze z tego porównania.
-Często mają ważnych ludzi, którzy tam zamawiają, zapewne - odparł wyraźnie chcąc pogłębić jeszcze bardziej temat. Przytaknęłam ruchem głowy.
-Coraz częściej samo Ministerstwo zwraca się do nich po magiczne przedmioty - przyznałam cichszym tonem. Slughorn z zachwytem wciągnął powietrze. Z uśmiechem na twarzy przeszedł do pytania McLaggena o jego rodziców.
-Widzę, że ktoś próbuje tutaj być ulubienicą profesora - powiedział lekko zgryźliwie Blaise nachylając się nade mną. Spojrzałam na niego i kiwnęłam z politowaniem głową.
-Tylko odpowiadam na pytania. To, że odpowiedzi tak mu się podobają, że w euforii wygląda jak foka na pokazie, to już nie moja zasługa - wymamrotałam, na co Zabini zaśmiał się cicho. Uśmiechnęłam się patrząc na niego.
Zabini sięgnął rozbawiony po jakieś ciasto i ruchem dłoni spytał czy mi też nałożyć. Kiwnęłam potakująco głową. Kawałek wylądował na moim talerzu.
Zaczęliśmy spokojnie rozmawiać na najgłupsze i najmniej ważne tematy. Nie byłam świadoma, że Zabini może okazać się tak dobrym kompanem rozmowy. Że pod tą maską nienawiści do Szlam kryje się nawet znośny, dosyć przystojny chłopak.
Nawet nie zauważyliśmy, gdy Slughorn dziękował każdemu z osobna za przybycie i już mówił o kolejnym spotkaniu. Wstałam z krzesła i przy drzwiach uścisnęłam mu dłoń.
-Dziękuję i tobie Clementine, i tobie Blaise za przybycie - powiedział z uśmiechem ujmując dłoń Zabiniemu. Kiwnęłam z wdzięcznością głową.
-Do zobaczenia panie profesorze - odparł Zabini i przepuścił mnie w drzwiach. Mieliśmy razem pokonać pół korytarza, by potem on poszedł schodami w dół, a mnie schody zabrały na górę.
-Nie było tak źle jak się spodziewałam - wymamrotałam idąc chwilę koło Zabiniego. Przerwałam tym trochę niezręczną ciszę. Ten spojrzał na mnie i kiwnął głową z lekkim uśmiechem na twarzy.
-Myślałem, że nie będę miał z kim rozmawiać i będę się niemiłosiernie nudził - odparł wesoło. Uśmiechnęłam się do niego. To był chyba pierwszy komplement, który od niego usłyszałam w życiu. Doszliśmy do schodów.
-Do zobaczenia na kolejnym spotkaniu - powiedziałam stawiając nogę na pierwszym schodku na górę.
-Do zobaczenia Joyce - odparł Zabini z uroczym uśmiechem i zaczął iść na dół. Czyżby Zabini nie był taki tragiczny, jak go pamiętałam z pierwszego roku? Czy coś się zmieniło?
~~~
Pierwszy tydzień drugiego roku, a tu już z dziesięć zapowiedzianych kolokwiów. EH. No cóż, pozdrawiam i zapraszam do komentowania.

sobota, 29 września 2018

Rozdział 9

Wychodząc z Wielkiej Sali zobaczyłam Slughorna gadającego z Zabinim. Oboje się uśmiechali do siebie, chociaż Blaise wyglądał na trochę zaskoczonego. Oczy Slughorna wylądowały na mnie i szybko przywołał mnie do siebie dłonią.
-Clementine Joyce, moja droga. Podejdź - powiedział wesoło nauczyciel, a ja zrobiłam o co prosił dosyć szybko. - Pewnie słyszałaś o Klubie Ślimaka, czyli moim pomyśle na poznawanie lepiej uczniów Hogwartu - dodał radosnym tonem. Kiwnęłam głową z grzeczności, bo nie miałam pojęcia o co mu chodzi. Ukradkiem spojrzałam na Zabiniego, który był tak samo skołowany jak ja, ale mniej to okazywał.
-W takim razie zapraszam was oboje na spotkanie Klubu Ślimaka w najbliższy czwartek w moim gabinecie. Sprawicie mi wielką przyjemność, gdy przyjdziecie - stwierdził na koniec ściskając nam dłonie i odszedł ucieszony. Zabini odprowadził go wzrokiem do Wielkiej Sali i spojrzał na mnie.
-Czym do cholery jest Klub Ślimaka? - spytał zaskoczonym tonem. Prychnęłam lekko i wzruszyłam ramionami.
-Najwyraźniej dowiemy się w czwartek - stwierdziłam, na co zgodnie Zabini kiwnął głową i uśmiechnął się do mnie lekko. Przygryzłam wargę i również uśmiechnęłam się delikatnie, tylko bardziej niezręcznie. - Muszę iść do biblioteki - mruknęłam, a Zabini lekko się ożywił.
-Zabawny zbieg okoliczności, umówiłem się tam z Draco - stwierdził i ruszył wolnym krokiem ku bibliotece. Westchnęłam ledwo zauważalnie i wyrównałam z nim krok.
-Zabawny - przyznałam cicho z niezbyt zadowoloną miną. Nie przepadaliśmy za sobą bardzo szczerze. Wiedziałam to od momentu, w którym zaczęliśmy rozmawiać będąc na pierwszym roku. Prawie każdy Ślizgon przechwalał się wtedy swoim czystokrwistym pochodzeniem i przynależnością do Slytherinu.
Szukali przyjaciół, jak twierdzili.
-Zrobiłaś już esej na transmutację do McGonagall? - spytał wspinając się po schodach na pierwsze piętro. Położyłam dłoń na barierce i sunęłam nią do góry.
-Jeszcze nie. Jest jeszcze kilka dni - przyznałam, a on kiwnął ze zrozumieniem głową. - A ty? - spytałam raczej z grzeczności.
-Właśnie idę pisać - obdarzył mnie pełnym uśmiechem. Wyglądał naprawdę miło i niegroźnie. Aż sama zdziwiłam się, że nie wywoływał u mnie spazmów związanych z naszywką domu Węża.
Stanęliśmy przed drzwiami do biblioteki, w których mnie przepuścił. Kiwnęłam głową z wdzięcznością i weszłam do środka.
-Idę poszukać książek na Opiekę nad Magicznymi Stworzeniami - powiedziałam już cichym tonem, żeby nie zdenerwować bibliotekarki. Ten kiwnął głową, a ja ruszyłam do znanej mi półki.
-Jeszcze jedno Joyce - mruknął Zabini, na co się odwróciłam na moment. - To jak dzisiaj dogadywałaś się z hipogryfem Hagrida było naprawdę ciekawe. Widać, że to lubisz - stwierdził cicho. Uśmiechnęłam się do niego przyjaźnie i zniknęłam za jednym z regałów idąc tylko sobie znaną drogą.
~~~
Spojrzałam na zielonookiego chłopaka siedzącego naprzeciwko mnie w fotelu. Przysunęłam nogi do siebie. 
-Na pewno wiesz, czym jest ten Klub Ślimaka? - spytałam cicho. Ten kiwnął głową i zwrócił wzrok na mnie z palącego się kominka.
-Kiedyś babcia mi opowiadała. Rodzice mieli wielu znajomych tam. Opowiadali babci - mruknął i delikatnie dotknął mojej dłoni. - Clem, on patrzy na ludzi w sposób materialistyczny. Miał za przyjaciela właściciela Miodowego Królestwa, bo wiedział kim może zostać w przyszłości - mruknął, a ja spojrzałam z lekkim politowaniem na niego.
-Nev, kochanie, będzie dobrze. Ja mam tylko Rasmusa, tylko z tego mogę być znana - odparłam cicho patrząc mu głęboko w oczy. Ten kiwnął niepewnie głową i pogładził mnie po dłoni.
-Będzie tam wielu Ślizgonów. Uważaj na siebie - wymamrotał, a ja zaśmiałam się lekko i również pogładziłam jego dłoń.
-Dramatyzujesz - odparłam zabawnie i dotknęłam lekko jego nosa. Ten westchnął i wrócił do pergaminu dzierżonego na kolanach. Ja zsunęłam jego dłoń ze swojej i zaczęłam się zastanawiać nad coraz milszym zachowaniem Zabiniego.
Czyżby szykowała się jakaś pułapka? Miałam się czegoś obawiać? Czy wręcz przeciwnie, nagle okazywał się lepszym człowiekiem?
W to ostatnie tak bardzo wątpiłam, ale z drugiej strony tak bardzo chciałam wierzyć. Zupełnie jak z Bartym Crouchem Juniorem. Niby okrutny morderca, ale w moim sercu dalej będzie sierotą, która pomagała mi się pozbierać z zadrapanych kolan.
Spojrzałam na mężczyznę siedzącego koło mnie. Jego zielone oczy wpatrywały się w pergamin oraz czasami z książkę leżącą na jednym z jego kolan. Tak bardzo nie chciałam, żeby coś mu się stało w jego domu. Tak bardzo mi na nim zależy. Był przy mnie w wielu dziwnych, okrutnych, bezsensownych chwilach. Jest najlepszym przyjacielem, jakiego mogłam sobie wymarzyć. Nigdy mnie nie oceniał, nigdy nie pisnął słowa o tym, jak głupim człowiekiem jestem. A jestem niesamowicie głupim człowiekiem. Dalej nie wiem, czemu on właściwie się ze mną zadaje. Nigdy nie chciałam wiedzieć. Bo gdyby się nad tym zastanowił, straciłabym go. Nie zasługuję na tak niesamowitego człowieka. Na Longbottoma.
Jego wzrok spoczął na moich lekko rozkojarzonych oczach.
-Clem, powinnaś iść spać. Odprowadzić cię? - spytał cicho. Kiwnęłam głową spokojnie, a on wstał zostawiając na fotelu pergamin oraz książkę. Wsunęłam rękę pod jego ramię. Nie wiedziałam, czemu jestem tak nagle zmęczona.
-Dlaczego mi pomagasz? - wymamrotałam cicho. Mój głos był zmęczony, ale dalej słyszałam w nim dużą nutę zaskoczenia całym zdarzeniem. Neville westchnął lekko i uśmiechnął się do mnie.
-Lubię cię. Niesamowicie cię lubię Clementine. Jesteś moją najlepszą przyjaciółką, odkąd pomogłaś mi znaleźć Teodore. Pewnie nawet nie wiesz jak było to dla mnie ważne - mruknął wspinając się po schodach do mojego dormitorium. - To tak jakbyś ty zgubiła Rasmusa, albo któregoś z bliźniaków Weasley - dodał, a ja zaśmiałam się lekko.
-To musiało być niesamowicie ważne wydarzenie - wymamrotałam, a ten kiwnął głową twierdząco. - W tamtym momencie poznałam niesamowitego człowieka, którego dzisiaj mogę nazywać przyjacielem, ale który może trochę nie ma racji co do Klubu Ślimaka. Zobaczę - obwieściłam otwierając drzwi do dormitorium. Zatrzymałam się w drzwiach.
Swój wzrok zwróciłam na Longbottoma. Jego wzrok był lekko zrezygnowany.
-Jeśli pozwoli nam kogoś przyprowadzić czuj się zaproszony. Nie tylko, żebyś się przekonał, że Slughorn może nie być takim okropnym człowiekiem, ale też żeby się trochę rozerwać - odparłam z uśmiechem. - Zasługujesz na to - dodałam, co spotkało się ze śmiechem Longbottoma.
-Za to cię kocham Joyce. Zawsze potrafisz mnie rozbawić - stwierdził i zaczął powoli schodzić po schodach.
-Neville - mruknęłam, na co na moment przystanął. - Zasługujesz na wiele. Nie wiem jak cię przekonać, ale po prostu mi uwierz. Clementine, twojej przyjaciółce - dodałam patrząc na tył jego głowy. Ten raz kiwnął głową i zaczął schodzić na dół po schodach. Zamknęłam za sobą drzwi do dormitorium i westchnęłam głęboko.
Nigdy nie wiedziałam, czemu ma tak niską samoocenę, tak dziwnie do wszystkiego podchodzi. Wiedziałam o problemach z jego rodzicami, jednak nie wszystko to tłumaczyło.
Prawda?
~~~
Ja wiem, że ten rozdział pod koniec stał się nagle zadziwiająco czuły i chaotyczny, ale proszę nie winić mnie, a butelkę czerwonego półsłodkiego wina. Pozdrawiam i zapraszam do komentowania.