środa, 25 listopada 2020

Rozdział 27

02/05/1998 – Bitwa o Hogwart

Od dłuższego czasu szłam po Hogwarcie sama. Wreszcie weszłam w jakiś korytarz, gdzie słyszałam, że stało kilka osób. Na środku korytarza zdążyłam dostrzec Percy’ego i Freda. Bliźniak spojrzał rozbawiony na brata.
-Żartujesz Percy. Nie pamiętam, żebyś żartował od czasu-
Wszystko zadziało się tak szybko. Ściana za nim eksplodowała od razu przykrywając go gruzem. Wciągnęłam mocno powietrze nie do końca wierząc w to co się stało. Widziałam Percy’ego z wielkimi łzami na policzkach i z przerażoną twarzą, który szybko biegł w przeciwną do mnie stronę korytarza zauważając tam Śmierciożerców. Poczułam dłonie na ustach i ktoś wciągnął mnie za zakręt, żeby mnie nie było widać.
Nawet nie miałam ochoty uciekać. Naprawdę zdałam się na to, co mogło się wydarzyć.
-Proszę, tylko nie krzycz – usłyszałam cichy głos w uchu. Moje źrenice zaczęły się mimowolnie rozszerzać. Dotknęłam dłoni zakrywającej moje usta i odsunęłam ją odwracając się. Mocno wtuliłam się w klatkę piersiową mężczyzny. Zamknęłam oczy próbując nie wydawać żadnego dźwięku. Czułam tylko, że po moich policzkach płynie wodospad łez.
Słyszałam kroki w moją stronę korytarza. W tym momencie nie obchodziło mnie to. Kompletnie mnie to nie obchodziło. Tylko odwróciłam głowę, żeby wiedzieć kto idzie. Śmierciożerca na moment tylko spojrzał w naszą stronę.
-Yax, nikogo tu nie ma. Idziemy dalej – powiedział znany mi głos. Jak wracał uchylił lekko maskę i zobaczyłam smutnego Barty’ego. Gdy przestałam słyszeć kroki spojrzałam na tak samo mokrą jak moja twarz Zabiniego.
-Musimy go gdzieś przenieść – wychrypiałam cicho. Zabini kiwnął głową. Poszliśmy do góry gruzu. Siadłam obok i zaczęłam przekładać kawałki ściany. Gdy ujrzałam kawałek skóry zaczęłam jeszcze bardziej płakać, trząść się. Blaise położył mi dłoń na ramieniu.
-Usiądź, ja to zrobię – wymamrotał cicho. Kiwnęłam głową i odsunęłam się. Patrzyłam na wszystko co robił albo starałam się. Cały czas przecierałam oczy z łez. Blaise uniósł ciało Freda i zaczął iść w stronę jednej z sal do zajęć. Szłam za nim jak cień.
Świat się skończył, więc dlaczego bitwa wciąż trwa, dlaczego w całym zamku nie zapadła pełna zgrozy cisza, dlaczego walczący nie rzucili broni?
Staliśmy ramię w ramię przed drzwiami wejściowymi do Zamku. W oddali od strony Zakazanego Lasu malowało się kilka postaci. Nikt nie spodziewał się tego, co mieliśmy zaraz ujrzeć. W ramionach zapłakanego Hagrida leżało bezwładnie ciało Pottera. 
-NIE! 
Krzyknęła Minerwa tak przeraźliwym głosem. Nagle każdy krzyczał obelgi w stronę Śmierciożerców, każdy wrzeszczał imię Harry'ego.
-CISZA! - zawołał Voldemort. Huknęło, błysnęło i wszyscy umilkli. - Już po wszystkim! Złóż go u moich stóp, Hagridzie, tam, gdzie jego miejsce - dodał, a Hagrid ułożył Pottera na trawie. - Widzicie? Harry Potter nie żyje! Dotarło to do was w końcu, biedni naiwniacy? Był nikim! Zawsze był tylko chłopcem, który żądał, by inni poświęcali się za niego!
-Ciebie pokonał! - usłyszałam głos Rona, a czar przesrał działać. Znowu rozległ się krzyk naszej strony, póki nas ponownie nie uciszył drugi, potężniejszy huk.
-Został zabity, gdy próbował wymknąć się z zamkowych błoni - powiedział Voldemort. - Zginął, próbując ratować własną skórę-
Nagle urwał, a potem słychać było tylko huk, jęk i krzyk. Na ziemi wylądował Neville. Zatkałam dłońmi usta. Neville postawił się Czarnemu Panowi. W tłumie Śmierciożerców znalazłam tak samo przerażone jak moje brązowe oczy. Chwilę potem znowu rozległy się krzyki, rozpętał się chaos.


POTTER JEDNAK ŻYŁ!

Cała walka powoli cofała się do zamku. Wszyscy rzucali w siebie zaklęciami, ale wyraźnie to dobra strona wygrywała. Każdy z naszych stał nad kimś z tamtej strony. Walczyliśmy jak nigdy dotąd z nową dozą nadziei na lepsze jutro.
-NIE W MOJĄ CÓRKĘ, SUKO! - usłyszałam i zobaczyłam czarne loki padające na ziemię, a nad nimi Molly. Walczyły zacięcie, ale to Bellatriks nie doceniła Molly, to ona teraz miała skosztować jej matczynej miłości. 
W momencie zapadła cisza i zaczęła się wymiana słów między Voldemortem, a Harry'm, który zmaterializował się spod peleryny-niewidki. 
-Prawdziwym panem Czarnej Różdżki stał się Draco Malfoy - to zdanie uderzyło we mnie tysiąckrotnie bardziej. Wiedziałam o czym mówił, widziałam jak bardzo to rozbiło mojego Draco. Wiedziałam, że gdybym tylko mogła zabiłabym Voldemorta gołymi rękami. 
-Avada Kedavra!
-Expelliarmus!
Między Potterem, a Voldemortem utworzyła się linia złożona z ich zaklęć. Wszystko stało się szybko. Czarny Pan opadł na ziemię w momencie, gdy Potter chwycił Czarną Różdżkę. Voldemort został pokonany. 
Szybko zaczęłam szukać Zabiniego w tłumie, tak bardzo chciałam się do niego przytulić. Spytać czy na pewno nic mu nie jest. Ktoś położył mi dłoń na ramieniu. Odwróciłam się i mocno przytuliłam Zabiniego.
-Wygraliśmy - wymamrotałam ze łzami w oczach. Tym razem szczęśliwymi, ale gorzkimi. Ten gładził mnie po plecach i też płakał. 
-Tak się cieszę, że wygraliśmy - powiedział cicho, a ja spojrzałam na niego. Położyłam mu dłonie na policzkach i delikatnie dotknęłam jego ust moimi. Ten oddał mój pocałunek z uśmiechem. - Mamy tylko jeden problem - wymamrotał. 
Na drugim pietrze w jednej z sal leżał zakrwawiony i ledwo oddychający Crouch. Usiadłam przy nim i ujęłam jego dłoń.
-Barty? - wyszeptałam. Ten spojrzał na mnie ze łzami w oczach. Wyglądał strasznie. Z przystojnego mężczyzny zostało tylko mokre, brązowe spojrzenie.
-Emmie - wymamrotał cichutko i jęknął z bólu próbując się podnieść na ręce. - Dobij mnie, proszę. Oni zapakują mnie do Azkabanu - dodał płacząc głośno. Serce mi się krajało jak patrzyłam na kajającego się koło mnie Śmierciożercę.
-Barty, musisz uciec. Ja spróbuję ci pomóc jak tylko mogę, żebyś chociaż mógł się ruszyć - wyszeptałam i wyjęłam różdżkę. - Episkey - powiedziałam wyraźnie nad jego klatką piersiową. Barty zawył z bólu.
-Błagam, Clementine. Zasługuję na śmierć - jęczał Crouch. Nie przejmowałam się tym.
-Vulnera Sanentur - dodałam ciszej, a w oczach Bartyego zobaczyłam jeszcze więcej bólu, który jednak po chwili zaczął ustawać. - Crouch, teraz musisz uciekać, jeśli nie chcesz iść do Azkabanu. Zrobiłam co mogłam. Teraz ty wybierasz - powiedziałam poważnym głosem patrząc mu prosto w oczy. Ten spojrzał na mnie i mocno przytulił.
-Obiecuję, że kiedyś oddam ci tę przysługę. Dosłownie uratowałaś mi życie - wymamrotał w moje ucho. Kiwnęłam głową, a ten szybko się odsunął i równie szybko zniknął za drzwiami.
-Jesteś zbyt dobra - stwierdził cicho Blaise i pomógł mi wstać z zimnej posadzki. Przytuliłam się do niego mocno. Bardzo nie chciałam wracać na dół, bo doskonale wiedziałam co mnie tam czeka, a okłamywałam siebie, że jeśli mnie tam nie ma to nic się nie stało.
Prawda?
~~~
To też nie jest najdłuższy rozdział, za co przepraszam, jednak mam nadzieję, że się Wam podobał. Pozdrawiam.

środa, 11 listopada 2020

Rozdział 26

Jeśli jeszcze nie widzieliście, lub Wam umknęło, to zmieniłam koncepcję wcześniejszego rozdziału. Zapraszam do przeczytania go jeszcze raz i powrotu do tego, najnowszego. Pozdrawiam, Black.
~~~
Siedzieliśmy w salonie. Każdy czuł się nieswojo i był strasznie zestresowany. Ginny podeszła do okna.
-Mamo, tam daleko jest chyba Mroczny Znak - wymamrotała przerażona. Wszyscy zerwali się z miejsc chcąc sprawdzić czy faktycznie tak jest. 
Mroczny Znak naprawdę wisiał daleko na niebie. 
-Musicie się stąd zabierać - powiedziała Molly. - My z Arthurem zostaniemy - dodała z wyrazem twarzy nie znoszącym sprzeciwu. Wszyscy zaczęli szybko szukać swoich spakowanych wcześniej plecaków. Fleur, Ginny, Percy i Bill mieli przenieść się do Muszelki, a ja z Fredem, George'm i z Rasmusem mieliśmy zakładać obozy w lasach dopóki wszystko się nie uspokoi. 
Nikt nie wiedział na co się piszemy, ale pisaliśmy bardzo szybko. Z plecakiem przewieszonym przez ramię przytulałam mocno Molly.
-Mam was wszystkich zobaczyć za miesiąc pod London Eye - krzyknęła Molly, a ja kiwnęłam głową. Fred złapał mnie za dłoń i poczułam pociągnięcie w okolicach pępka. 
Wylądowaliśmy na skraju jakiejś zielonej polany, gdzieniegdzie porośniętej fioletowymi wrzosami. Fred nawet na mnie nie patrząc zaczął rozkładać namiot, ja uniosłam różdżkę. Pomagał mu Rasmus, a George razem ze mną mamrotał zaklęcia obronne.
-Protego Totalum. Salvio Hexia. Repello Muggletum. Muffliato. Cave Inimicum - mamrotałam z uniesionymi rękami. Odwróciłam się i zobaczyłam sporych rozmiarów namiot i stojącego przed nim Freda. Uśmiechnęłam się do niego blado.
-Przywitaj się z naszym tymczasowym domem - odparł klepiąc lekko poły namiotu. Kiwnęłam głową i podeszłam do Weasley'a.
-Boję się - wymamrotałam cicho. Z namiotu wyłoniła się głowa Rasmusa.
-Wszyscy się boimy - powiedział cicho chłopak. Staliśmy tak chwilę tylko wpatrując się w siebie tępo. Nikt nie wiedział co robić. 
Płakać? Spać? Walczyć?
George wszedł do namiotu i wyniósł małych rozmiarów radio przenośne z wysuwaną anteną. Ras podszedł do niego i razem siedli na ziemi. Zaczęli przyglądać się przyciskom.
-Coś ciekawego z tego wyjdzie? - spytałam cicho siadając obok nich. Ras spojrzał na mnie i uśmiechnął się blado.
-Dogadaliśmy się z Lee, żeby prowadzić radio, w którym będziemy chcieli opowiadać o rzeczach, których nie ma w Proroku Codziennym. Czasami będziemy znikać, żeby spotkać się z Lee'm. Audycje będą dostępne po wypowiedzeniu hasła - wymamrotał George dalej majstrując nad radiem. Uśmiechnęłam się do niego lekko i pogładziłam go po policzku.
-Cieszę się, że mogę was nazwać swoimi braćmi - odparłam cicho, a George mocno mnie do siebie przytulił. Chwilę po tym poczułam jeszcze dwa ciała przylegające do naszych. Nie mogę zaprzeczyć, że wcale nie zaczęliśmy płakać. Jak jeden mąż. Jak prawdziwe rodzeństwo, które nie ma pojęcia co ze sobą zrobić. 
Żyliśmy tak kolejne kilka miesięcy. Ledwo czasami dawaliśmy sobie radę, ale wtedy każdy siadał w swoim kącie i albo płakał, albo szedł do lasu się wykrzyczeć. Wiedzieliśmy, że chcemy to przeżyć. Że jesteśmy dla siebie najważniejszymi osobami na świecie.
Codziennie nasłuchiwałam wiadomości, którymi dzielili się moi bracia z Lee'm, czy nie występuje tam nazwisko Zabini czy Malfoy. Na szczęście żadne z tych nazwisk nie padło, a ja nie przyznawałam się, że wciąż mam list od Blaise'a w kieszeni. Powoli mókł, trochę się miął, ale nie potrafiłam go wyrzucić.
Wiedzieliśmy, że Czarny Pan powoli rośnie w siłę. Ministerstwo zostało całkowicie zinfiltrowane przez Śmierciożerców. Zaczęły się wyroki na niewinnych ludziach. Najczęściej mugolach, którzy mieli magiczne moce. Według Śmierciożerców nie mieli oni żadnego prawa do życia skoro nie są Czystokrwiści. My zmienialiśmy swoje miejsce pobytu średnio dwa razy na miesiąc, na wszelki wypadek.
Z zamyślenia wyrwał mnie głos Rasmusa, który wołał mnie, żebym pomogła mu nakryć do małego stołu polowego ustawionego na środku namiotu. Podeszłam do niego i zaczęłam rozkładać sztućce, a potem w ciszy podawałam Rasmusowi talerze, na które nakładał parujący makaron z pomidorami.
-Wygląda bardzo dobrze - powiedział George wchodząc do "kuchni". - I tak samo pachnie - dodał podchodząc do mojego brata. Rasmus uśmiechnął się do niego lekko, a George musnął ustami jego policzek. Usiedliśmy przy stole i zaczęliśmy jeść. 
-Dzisiaj było dosyć spokojnie - powiedział Fred z wypchaną buzią makaronem. Nikt dokładnie nie wiedział co to znaczy. Wiadomo, że wielu ludzi było mordowanych każdego dnia, może dzisiaj zwyczajnie liczba nie przekroczyła stu. Może dzisiaj nic nie zostało podpalone, ani nikt skazany na Azkaban za bycie mugolem. Wszystkie wydarzenia były jednym wielkim może.
-Lupin znowu dzisiaj będzie przemawiał? - spytałam patrząc na nich znad talerza. George kiwnął twierdząco głową. Bardzo lubiłam jego głos, mimo że mówił o podniosłych rzeczach był cholernie kojący. 
-Tęsknię za domem - wymamrotał Rasmus. Wszyscy spojrzeliśmy na niego i każdy pogrążył się w otchłani swojego spaghetti. Żadne z nas nie miało ochoty na rozmowy. Często rozmawialiśmy tylko kiedy musieliśmy. Mimo że się kochaliśmy jak nikt inny było bardzo ciężko. 
Kilka tygodni później zaczynała się wiosna. Słońce zaczęło dłużej zostawać w ciągu dnia. Siedziałam przed namiotem i bawiłam się radiem szukając stacji na której było słychać muzykę. W końcu mi się udało i z lekkim uśmiechem zaczęłam pląsać. Zamknęłam oczy i poczułam dłoń na biodrze.
-Mogę panią prosić? - spytał Fred, gdy tylko otworzyłam oczy. Uśmiechnęłam się do niego i zaczęliśmy tańczyć, zupełnie jak na weselu Billa.
-Panie Weasley, świetnie pan tańczy - przyznałam chichocząc. Fred zaśmiał się wesoło i po chwili dołączyli do nas George i Rasmus. Tańczyliśmy w kółku, pojedynczo, w parach. Jak się tylko dało.
Po godzinie tańczenia, śmiechu i wygłupiania padliśmy zmęczeni na ziemię.
To był jeden z tych dni, które będzie się pamiętać do końca swoich dni. Dawno się tak nie śmialiśmy, nie żartowaliśmy. I mimo że nikt nie wiedział co się stanie to jednak domyślaliśmy się, że nie będzie to nic dobrego. Najgorsze było to, że się nie myliliśmy. Ale zawsze mieliśmy w pamięci ten jeden dzień. Jeden z tych dobrych dni. Najlepszych.
~~~
Przepraszam za tak krótki rozdział. Bardzo długo go pisałam, ale zwyczajnie nie miałam na niego żadnej weny. Nie wiedziałam co napisać i przepraszam, jeśli wydaje się chaotyczny.

środa, 20 maja 2020

Rozdział 25

Komentarz na początek, zmieniłam koncepcję historii i dlatego zmieniłam ten rozdział. Jeśli czytaliście go wcześniej, to zapraszam do przeczytania jeszcze raz. Zmienił się! 
Pozdrawiam, Black.
~~~
Przy kolacji ustaliliśmy gdzie kto śpi. Ron wziął do siebie Harry'ego, Ginny Hermionę, Ras uparł się, żeby spać u George'a, więc mi przypadł pokój Charliego, a ze mną poszedł Fred. Mimo że Charlie był sam w tym pokoju były tam dwa łóżka.
Położyłam się w jednym z nich w piżamach i czekałam na Freda, który właśnie poszedł się umyć. Schowałam list od Zabiniego w torbie leżącej blisko łóżka i zgasiłam światło zostawiając lampkę. Kilka minut później do pokoju wszedł Weasley ze zmierzwionymi, mokrymi włosami.
-Śpisz w tym bliżej wyjścia i jak przyjdą potwory ty z nimi walczysz - stwierdziłam patrząc na niego. Fred uśmiechnął się wesoło.
-Tak jest szefowo - odparł salutując. Moment później wpakował się do łóżka bliżej drzwi. Spojrzałam w jego stronę i uśmiechnęłam się blado. - Odkąd przyjechałaś jesteś taka smutna. Coś się stało? - spytał cicho patrząc na mnie.
-Naprawdę chcesz o tym słuchać? - mruknęłam cicho, a Fred kiwnął twierdząco głową. - To wszystko posypało się w dosłownie dwa dni. Najpierw Blaise dostał list od Śmierciożerców, że jeśli nie wstąpi w ich szeregi zrobią coś złego jego matce. Wyboru za bardzo nie miał, ale płakaliśmy cały dzień. To jest ostatni dzień, w którym widziałam Zabiniego i ostatni dzień bycia razem - mruknęłam, a Fred się obruszył.
-Nie jesteście razem? - spytał zdziwiony, a ja zaprzeczyłam ruchem głowy.
-Blaise stwierdził, że najlepiej będzie jak się rozstaniemy, bo jest szansa wtedy, że będę miała mniej litości dla niego, jeśli kiedykolwiek staniemy przeciwko sobie - odparłam, a Weasley kiwnął głową. - Następnego dnia umarł Dumbledore. Draco się załamał. Znowu płakaliśmy. Ostatnie pół roku bardzo dużo w trójkę płakaliśmy. Niesamowicie dużo, ale wydaje mi się, że gdyby nie Blaise i Draco nie byłoby mnie tutaj - dodałam, a Fred usiadł na swoim łóżku. 
-Nawet tak nie mów - wyszeptał przestraszony. Uśmiechnęłam się lekko.
-Dlatego tak się cieszę, że jednak byli - odparłam, a Fred kiwnął głową delikatnie.
-Potrzebujesz, żeby z tobą spać? Czujesz się bezpiecznie? - spytał jak prawdziwy starszy brat. Westchnęłam głęboko i kiwnęłam twierdząco głową. Fred wstał ze swojego łóżka i wsunął się pod kołdrę mojego.
Oparłam głowę o jego klatkę piersiową i przymknęłam oczy.
-Dziękuję - wyszeptałam cicho. Weasley pocałował mnie w czubek głowy delikatnie.
Brakowało mi czułości i dotyku.
-Idziemy spać? - spytałam cicho. Ten kiwnął głową i wyłączył lampkę. Odwróciłam się, a on przytulił się do moich pleców.
-Dobrej nocy Emmie - wyszeptał Fred blisko mojego ucha. Uśmiechnęłam się i szybko zasnęłam.
Nadszedł dzień Wesela Fleur i Billa. Kiedy wstałam Freda już nie było w łóżku. Założyłam dresy i ruszyłam na dół. W kuchni zobaczyłam gotującą Molly z Hermioną, Ginny i Ronem u jej boku. Nie zwrócili nawet na mnie uwagi, więc wyszłam na zewnątrz. Wielki biały namiot już był rozłożony, a chłopaki nosili stoły i krzesła. Nikt chyba jeszcze nie zajął się ich dekorowaniem. Wzięłam białe obrusy ze stolika w kącie i zaczęłam rozkładać je na ułożonych już stołach.
-Dzień dobry - usłyszałam wesoły głos za sobą. Odwróciłam się i zobaczyłam radosną twarz Freda. Uśmiechnęłam się do niego.
-Dzień dobry. Stwierdziłam, że skoro nikt tego nie robi to ja mogę - odpowiedziałam, a ten kiwnął głową i pocałował mnie w czubek głowy. Zaśmiałam się wesoło.
-Twoja osoba towarzysząca musi być szczęściarzem - stwierdził radośnie, a mój uśmiech lekko zelżał. Nie było szans, żeby Zabini tutaj był. Nawet nie chciałam tego. Chciałam go zobaczyć, ale wiedziałam, że jeśli go ujrzę to wszystko minie. Moja zaciętość. Moja silna wola. Był moim słabym punktem.
Fred spojrzał na mnie i przytulił mnie do siebie.
- Przepraszam, że to powiedziałem - mruknął, a ja kiwnęłam głową.
-Nie ma problemu. Pójście samej też jest spoko, będę miała was wszystkich wokół siebie - powiedziałam z lekkim uśmiechem. Fred zmarszczył lekko brwi.
-Możemy iść razem. Powiem Angelinie, że ją przepraszam, ale nie dam rady - odparł, a ja od razu zaprzeczyłam ruchem głowy. Widać było, że powiedział to niechętnie, ale jak najbardziej rozumiałam jego postawę.
-Zaprosiłeś dziewczynę, która ci się podoba, to masz z nią iść - powiedziałam poważnie i uśmiechnęłam się zaraz po tym. Ten zasalutował mi i pogładził po głowie. - Ale obiecaj, że będziesz się mimo wszystko dobrze bawić - dodał ciszej, a ja kiwnęłam twierdząco głową. Wysunęłam w jego stronę mały paluszek, a ten objął go swoim.
-Obiecuję.
Nadszedł czas wesela.
Włosy miałam puszczone, lekki makijaż nałożony. Teraz wsuwałam się w długą, granatową sukienkę. Fred siedział na łóżku próbując zawiązać krawat.
-Zapniesz mi sukienkę? - spytałam, a ten wzniósł oczy na mnie. Uśmiechnął się lekko i wstał. Podszedł do mnie i zaczął sunąć zamkiem w górę sukienki. Patrzyłam na niego w lustrze z uśmiechem. Odwróciłam się jak skończył i wyciągnęłam mu krawat spod kołnierzyka. - Dobrze wyglądasz bez niego - szepnęłam, a ten wesoło kiwnął głową. - Angelina oszaleje na twoim punkcie - dodałam radośnie.
-Fred, Angelina przyszła - usłyszałam krzyk George'a z dołu. Odsunęłam się od chłopaka i pogładziłam go lekko po policzku.
-Pójdę z tobą. Poszukam Neville'a - odparłam, a ten kiwnął głową i oboje ruszyliśmy na dół. Uśmiechnęłam się w stronę Angeliny. - Cześć - powiedziałam wesoło i ruszyłam do wyjścia. Weszłam do namiotu i przy moim stoliku siedział już Longbottom i Luna.
-Emmie - powiedział z wesołym uśmiechem chłopak i mocno mnie przytulił.
-Dawno się nie widzieliśmy - przyznałam radośnie i usiedliśmy.
Niedługo po tym rozpoczęła się ceremonia. Była naprawdę piękna. Molly płakała w pierwszym rzędzie, a Arthur udzielał ślubu. Siedziałam między Fredem, a Longbottomem.
-Są dla siebie stworzeni - powiedział cicho Neville w moją stronę. Kiwnęłam głową twierdząco.
-Wyglądają świetnie - dodałam, a ten uśmiechnął się. Po ceremonii znowu usiedliśmy przy stolikach. Fred zaoferował się, że pójdzie po trzy drinki. Do mnie dosiadła się Angelina.
-Clementine, Fred coś o mnie dzisiaj mówił? - spytała, a ja spojrzałam na nią badawczo. - Myślę, że dzisiaj powie mi, że chce, żebyśmy byli razem - dodała z wielkim uśmiechem. Kiwnęłam głową.
-Coś o tobie wspominał - przyznałam radośnie, ale nie wiedziałam czy ma takie zamiary. Wiedziałam tylko tyle, że ona mu się podoba. Angelina uśmiechnęła się wesoło, a Fred wrócił z trzema kubkami.Upiłam trochę ze swojego i wyczułam smak Ognistej. Uśmiechnęłam się do Weasley'a. Nachyliłam się nad jego uchem. - Zaproś Johnson do tańca - mruknęłam, a ten kiwnął głową.
Przy moim stoliku często zmieniał się skład. Każdy tańczył z każdym, ale utwory były bardzo skoczne i szybkie. W końcu orkiestra stwierdziła, że puści coś spokojnego.
-Zatańczysz ze mną? - spytał pierwszy raz tej nocy Fred wyciągając ku mnie dłoń. Twarz Angeliny miała nieodgadnioną minę. Ja spojrzałam na niego pytająco, czy jest pewien, że tę piosenkę chce zatańczyć ze mną. Kiwnął twierdząco głową. Stanęliśmy na parkiecie. Moja dłoń wylądowała na jego ramieniu, a jego na moim boku. Położyłam brodę na jego piersi. Oczami widziałam co jest za jego ramieniem, ale tylko oczy mi poza nie wystawały. 
-Dziękuję, że mnie wspierasz - wyszeptałam Fredowi na ucho. Ten uśmiechnął się lekko i kiwnął głową. Piosenka się skończyła. 
-Dziękuję za taniec - powiedział Weasley kłaniając się lekko. Ponownie kiwnęłam głową.
-Idę na górę - powiedziałam nachylając się nad jego uchem. Ten kiwnął głową. Zaczęłam iść w stronę domu, ale Rasmus mnie przywołał.
-Gdzie idziesz?
-Do toalety - odparłam z uśmiechem, a ten kiwnął głową. Weszłam do domu i poszłam schodami na górę. Weszłam do pokoju Charliego, który nie mógł się pojawić na weselu. Nie świeciłam świateł. Usiadłam na łóżku.
Z namiotu dochodziła skoczna muzyka, a mi się chciało tylko płakać. Nie potrafiłam się dobrze bawić wiedząc, że ktoś w tym momencie może być zabijany, torturowany. Że ktoś kogo znam może być po jedne, albo po drugiej stronie barykady. Pozwoliłam sobie na uronienie kilku łez. Nie chcę nikogo obarczać moim smutkiem. Nikt nie jest na to gotowy, ani nie powinien nawet się...
Nagle rozległ się huk na zewnątrz. Słychać było dużo ludzkiego krzyku. Zerwałam się z łóżka i zaczęłam biec na dół. Na zewnątrz namiot był zdewastowany. Niektórzy zbierali się z ziemi. Nie mogłam namierzyć wzrokiem Rasmusa i Rona. To wszystko działo się tak szybko. Jeszcze widziałam kilku Śmierciożerców uciekających po niebie.
Ras wyszedł po chwili spod stołu i podbiegł do mnie mocno mnie przytulając.
-Co się stało? - wymamrotałam.
-Śmierciożercy, zaatakowali nas. Hermiona, Harry i Ron gdzieś się deportowali - odparł i zaczął iść ze mną szybko do Nory. Wszyscy robili dokładnie to samo. Nikt nie wiedział co się dzieje.
Dokładnie tak zaczynała się Bitwa między dobrem, a złem. Dopiero potem okazało się, że Rufus Scrimgeour umarł z rąk Śmierciożerców i wszyscy musieli być ostrożni w dokładnie każdym aspekcie życia.
Jeszcze tej samej nocy po tym, jak zostali w Norze tylko domownicy siedzieliśmy w salonie. Niektórzy jeszcze w sukienkach i w garniturach, inni już w domowych ciuchach. 
-Każdy, powtarzam każdy ma mieć plecak spakowany na wszelki wypadek. Spodnie, bluzy, śpiwory, namioty. Każdy musi mieć to w swoim plecaku, gdyby to znowu się powtórzyło - instruowała Molly. Fred obejmował mnie ramieniem, a ja położyłam głowę na jego klatce piersiowej. Dalej miałam na sobie sukienkę, na którą naciągnęłam sweter z wielkim C na piersi. Wszyscy wyglądali na bardzo zatrwożonych.
Nikt nie wiedział co się dzieje, co się stanie i dlaczego to się dzieje. Nastał najgorszy okres w całej historii Magicznej i wszyscy z nas mieli to przeżyć. Prawie wszyscy. 

wtorek, 12 maja 2020

Rozdział 24

Następnego dnia wszyscy zaczęli się zbierać. Pakowali bagaże. Na peronie stał Hogwart Express chcąc rozwieźć uczniów wcześniej do domów. Za mną szedł Draco, który wyglądał jak zbity pies. Rozglądaliśmy się po Hogwart Expressie i w jakimś przedziale zauważyłam Neville'a, który siedział z Luną. Zapukałam lekko w w drzwi. Neville spojrzał na mnie i uśmiechnął się blado kiwając głową żebyśmy weszli. Otworzyłam drzwi. Longbottom pomógł mi z moim kufrem, położył go na szafce, a  Draco dał sobie radę ze swoim. Usiadłam przy oknie.
-Jak się czujecie? - spytałam cicho patrząc na przyjaciela. Luna zwróciła na mnie wzrok i uśmiechnęła się lekko.
-Nie jest najgorzej. Szkoda tylko dyrektora - mruknęła, a ja kiwnęłam głową. Malfoy zsunął buty i położył głowę na moich udach. Przykryłam go jego płaszczem, który powiesił przy wejściu i pogładziłam po głowie.
Nie wiedziałam czy ktoś po mnie przyjedzie na dworzec. Czy chcę kogoś narażać przez wyjście z domu. W tym momencie kompletnie nic nie wiedziałam.
Podróż do Londynu przebiegła w ciszy. Nikt nie chciał się odzywać. Nikt nie wiedział co powiedzieć.
Na dworcu pożegnałam się z Longbottomem i Luną. Draco szedł za mną nieprzytomny. Rozglądnęłam się po dworcu. W końcu ujrzałam rudą czuprynę Freda.
-Draco, skarbie, jeśli tylko będziesz chciał to przychodź do mnie. Do trzeciego tygodnia lipca na pewno będę, tylko pamiętaj o sowach - poprosiłam patrząc w jego nieobecne oczy. Malfoy wzniósł je na moją osobę i kiwnął głową.
-Do zobaczenia - wyszeptał i mocno mnie przytulił. Pogładziłam go po plecach lekko. Kiedy się odsunął zniknął szybko w tłumie, a ja ruszyłam ku Fredowi. Uśmiechnęłam się do niego blado.
-Dawno się nie widzieliśmy - powiedział z lekko sztucznym uśmiechem. Kiwnęłam głową i przytuliłam go lekko.
-Rasmus nie mógł przyjechać? - spytałam spokojnie. Weasley tylko potwierdził ruchem głowy. Wsiadłam do samochodu i zaczęliśmy jechać.
-Słyszałem o Albusie - powiedział cicho chłopak. Starałam się jak mogłam, żeby powstrzymać się przed ryknięciem płaczem. Nie dawałam rady.
-Fred - wyszeptałam i chrząknęłam. - Zawieź mnie do domu, proszę - dodałam jeszcze ciszej, a ten kiwnął głową i dojechaliśmy w ciszy.
O tej porze jeszcze nikogo w domu nie było. Weasley wniósł mój kufer na górę i ustawił go w pokoju. Usiadłam na łóżku.
-Potrzebujesz czegoś jeszcze? - spytał cicho, a ja zaprzeczyłam ruchem głowy. Byłam na skraju wrzasku i łkania. Tak bardzo chciałam, żeby wyszedł. Co też zrobił, a w momencie, gdy usłyszałam zamykanie drzwi wejściowych ryknęłam płaczem. Nie potrafiłam się opanować, puściły wszystkie tamy.
wodospad łez
Starałam się utrzymywać emocje na wodzy przy bracie i tacie. Nie chciałam ich obarczać kolejnymi okropnymi rzeczami. Tata już miał problemy w pracy, a Ras coraz mniej czasu spędzał w sklepie. Wcześniej go zamykali, bo bali się, że coś może im się stać.
Nadeszła sobota. Stanęłam przed lodówką w celu wybrania czy chcę sok pomarańczowy, czy jednak wodę. W okno zastukała sowa. Podeszłam do niej i wpuściłam do środka. Zabrałam mały świstek papieru z jej nóżki. Na karteczce naklejony był zielony smok. Odwróciłam ją i napisałam ołówkiem leżącym na szafce 'Zapraszam'.
Pół godziny później w moich progach pojawił się najbardziej pożądany Ślizgon wśród piątego i szóstego roku. Uśmiechnęłam się lekko do Draco.
-Nie przeszkadzam? - spytał trochę zestresowany. Zaprzeczyłam ruchem głowy, ale zanim zdążyłam coś powiedzieć w drzwiach salonu stanął Rasmus.
-Co on tu robi? - spytał złym tonem. Mina Draco zmieniła się na trochę przestraszoną. Spojrzałam na brata.
-Przyszedł mnie odwiedzić - odparłam i machnęłam do Malfoya, żeby szedł za mną. 
-Clementine Joyce, do jasnej cholery, on jest jednym z nich - warknął Ras. Nie zatrzymałam się ani na sekundę wchodząc ze Smokiem po schodach. 
-Czepiaj się swoich znajomych, nie moich - mruknęłam i zamknęłam za nami drzwi mojego pokoju. Spojrzałam na Draco i mocno go do siebie przytuliłam. Tak bardzo cieszyłam się, że nic mu nie jest. Że żyje.
Malfoy oplótł swoje ręce wokół mnie i czułam, że moje ramię zaczyna być mokre. Sama również zaczęłam płakać. W końcu znalazł się ktoś kto rozumiał chociaż trochę mój ból. Nie wszyscy znali ludzi po tamtej stronie. Nie wszyscy kochali ludzi po tamtej stronie.
-Emmie, jestem tym wszystkim taki zmęczony. Nie mogę spać po nocach - wyszeptał w moje ramię. Pogładziłam go po plecach.
-Prześpij się chwilę u mnie. Obudzę cię za jakiś czas, przed 18 - powiedziałam spokojnie, a ten spojrzał na mnie z wyraźną ulgą na twarzy. Pocałował mnie w czoło lekko i zsuwając z siebie spodnie wpakował mi się do łóżka. Uśmiechnęłam się lekko.
-Blaise pytał się czy też może przyjść - wymamrotał cicho. Spojrzałam na niego i zaprzeczyłam z bólem głową. 
-J-Ja... Wyjaśnię mu to - mruknęłam cicho, a Draco kiwnął głową. Nie minął moment, a Malfoy spał jak małe dziecko pochrapując czasami. Ujęłam kartkę i długopis. 
'Drogi Blaise,
Piszę, aby spytać co u ciebie? Co u twojej mamy? 
Mam nadzieję, że cała akcja skończyła się dobrze. Pozdrów ją ode mnie.
Za niedługo będę jechać do Nory, bo tam ma być Wesele Billa i Fleur. 
Na które zresztą mieliśmy iść razem . Może przeżyję towarzystwo brata. Może go nie uduszę.
Mówiąc Pisząc szczerze, Draco wygląda jak wrak. Wiem, że ty także pewnie tak wyglądasz. 
Ja nie jestem w tym gorsza, dlatego proszę cię, abyś zajął się Draco, a Draco tobą. 
Obaj jesteście bardzo odważnymi i dobrymi mężczyznami. Dacie sobie radę.'
Moja ręka na moment odmówiła posłuszeństwa, tak jak zresztą oczy, które zaszły mi łzami.
'Brakuje mi ciebie Blaise. Brakuje wspólnego śmiechu. Wspólnego płaczu.'
Twoich oczu wpatrzonych we mnie.
Twoich ust wciśniętych mocno w moje.
Twoich rąk przytulających mnie mocno do siebie.
Twojego uśmiechu dodającego mi otuchy.
'Ale sam wiesz, że gdybyś się tu pojawił twoja ostatnia wola, 
czyli moja bezwzględność - tego by nie było.
Będziemy się mam nadzieję, za jakiś czas widzieć.
Ściskam, Clementine.'
Zgięłam kartkę i westchnęłam głęboko. Kontynuowałam czytanie książki. Drzwi na moment się otworzyły i zaglądnął do środka Rasmus. Wsadziłam zakładkę w książkę i położyłam ją na łóżku. Wyszłam przed pokój zamykając cicho drzwi.
-Jesteś bardzo nieodpowiedzialna - powiedział Rasmus. Zmarszczyłam brwi lekko.
-Jestem dobrą przyjaciółką. To on i Blaise byli dla mnie w Hogwarcie oparciem. Wiedzieli co mówić, kiedy przytulić, kiedy płakać ze mną. Teraz nie wymieniamy ze sobą żadnych istotnych informacji. Nie wiem co planuje Czarny Pan, a Draco nie ma pojęcia co się dzieje tutaj. Dlaczego mielibyśmy zdradzać swoje obozy, skoro Draco może za to umrzeć, a ja nie będę na nic naciskać - odparłam patrząc mu w oczy. 
-Ufam ci - stwierdził Ras i zszedł na dół do kuchni. Westchnęłam głęboko i weszłam znowu do swojego pokoju.
Dokładnie tydzień później sowa Draco znowu zawitała w moim oknie. Znowu odpisałam 'Zapraszam'. Tym razem Rasmus nie miał nic do powiedzenia. Nie wyszedł nawet z pokoju.
-Jak się czujesz? - spytałam, gdy już siedzieliśmy z Malfoyem u mnie w pokoju.Ten usiadł na łóżku i spojrzał na mnie.
-Źle - powiedział szczerze. - Ale niesamowicie się cieszę, że mogłem cię zobaczyć - dodał i uśmiechnął się. Dawno nie widziałam tego grymasu na jego twarzy. Ja również się lekko uśmiechnęłam.
-Jeśli chcesz to idź spać, nie ma problemu - mruknęłam, a ten spojrzał na mnie z ulgą w oczach i zsunął z siebie spodnie. Usiadł na łóżku.
-Mam dla ciebie coś od Zabiniego - powiedział cicho, a ja usiadłam obok niego na łóżku. Wsunął się pod kołdrę i wyciągnął z kieszeni koszuli jakąś kartkę.
-Dziękuję - odparłam ujmując ją. Położyłam rękę na głowie Draco, a on jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zasnął w momencie. Sama wsunęłam nogi pod kołdrę. Otworzyłam delikatnie kartkę. Była zapisana zawijasami Zabiniego. Otarłam oczy z łez, żeby widzieć litery.
'Droga Clementine,
Z mamą wszystko w porządku. Bardzo ci dziękuje, że opiekowałaś się jej niezdarnym, 
nieobliczalnym (jej słowa), ale jakże słodkim (już nie jej) synem.' 
Uśmiechnęłam się wesoło do kartki. Pierwszy raz od tak długiego czasu naprawdę miałam maleńki powód do radości. Otarłam jeszcze raz łzy.
'Masz się dobrze bawić na weselu. Nie za dużo pić, to zarezerwuj na kiedyś, ale dobrze bawić. 
Staram się dbać o Draco, ale ten zidiociały kretyn jest skretyniałym idiotą. 
Mimo to dajemy sobie radę i o nas się nie musisz martwić. Znajdź kogoś, kto o ciebie będzie dbał.
Em, rozumiem, dlaczego mnie teraz u ciebie nie ma i bardzo szanuję twoją decyzję. 
Bardzo mi ciebie brakuje. Nawet nie wiesz jak bardzo.
Całuję, Blaise.'
Przeczytałam ten list jeszcze kilka razy. Nie chciałam więcej czytać. Nie chciałam mieć problemu. Schowałam go do kieszeni spodni. Czułam, że przez długi czas będzie ze mną chodził. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że aż tak długo.
Nadszedł dzień przewożenia Harry'ego do Nory. Wszyscy mieli w tym uczestniczyć. Było nas 16 osób. Każdy miał swoją parę i jedna osoba z pary musiała zamienić się w Pottera. Do mnie przypadł mój brat, Rasmus. Hermiona rozdała fiolki z eliksirem wielosokowym.
-Uważajcie na siebie - poprosił Remus, z którym leciał George. Wszyscy kiwnęli głowami znając plan na pamięć. Ruszyliśmy spokojnie, niektórzy na miotłach, inni na Testrelach. Nawet motocykl Syriusza zagrał tu jakąś rolę.
Najpierw było spokojnie. Każdy leciał swoją drogą. Nikt nikomu nie zawadzał. Wtedy zaczęło się w powietrzu roić od Śmierciożerców. Wszyscy strzelali na ślepo zaklęciami, które miały ogłuszać. Przynajmniej te nasze. Ich były śmiertelne. Wszystko skończyło się szybko, widziałam tylko upadającą klatkę z Hedwigą, ktoś spadł z miotły. W tym szale nikt nie wiedział kto.
Zaczęliśmy patrzeć na rany dopiero pod Norą. A raczej w Norze.
-Moody nie żyje - usłyszałam zaraz po wejściu przez drzwi frontowe. Głos Hagrida był donośny. Moment po tym na ziemi wylądował George, który powoli wracał do swojej formy i Remus.
-Szybko, zwolnijcie kanapę - krzyczał Lupin. Po twarzy Weasleya leciała krew. Rasmus poleciał szybko za nimi i usilnie starał się pomóc Lupinowi odratować to co zostało z ucha chłopaka.
Gdy tylko Fred wylądował na ziemi, pognał do bliźniaka. Molly siedziała przy synu i starała się jak najbardziej załagodzić rany.
-Co z nim? - Artur upadł na kolana przed George'm, a Fred nie mógł wydusić ani jednego słowa. George poruszył się lekko.
-Jak się czujesz, Georgie? - szepnęła Molly. George pomacał sobie głowę.
-Jak uduchowiony - wymamrotał chłopak.
-Co mu się stało? - wychrypiał Fred z przerażoną miną. - Mózg ma uszkodzony?
-Jak uduchowiony - powtórzył George, otwierając oczy i patrząc na bliźniaka. - Widzisz... Jestem trochę uduchowiony, ODUCHOWIONY, Fred, łapiesz teraz?
Molly zaszlochała głośno starając się wycierać dalej krew z chłopaka. Twarz Freda odzyskała zwyklejszą barwę.
-To żałosne - powiedział Fred. - Naprawdę żałosne. Jest tyle dobrych dowcipów o uszach, a ty wyskakujesz z tym uduchowionym?
-Mamo - powiedział George do płaczącej Molly. - Teraz będzie ci już łatwiej nas odróżnić - dodał i nawet ja się lekko uśmiechnęłam.
Nawet w obliczu takiej tragedii nie tracili humoru. Byłam niesamowicie wdzięczna za istnienie tej dwójki. Niesamowicie.
~~~
I jest kolejny. Pozdrawiam.

niedziela, 19 kwietnia 2020

Rozdział 23

Wszystko bardzo szybko mijało. Nikt nie wiedział jakim cudem za 2 tygodnie miał być koniec roku. Mieliśmy się porozjeżdżać do domów.
Jednak nic nie mogło być takie proste. Nad Magicznym Światem zawisło widmo łysego skurwiela. Pogłoski, że Ten-Którego-Imienia-Nie-Można-Wymawiać powrócił i był mocniejszy, niż kiedykolwiek. Osobiście nie miałam co do tego najmniejszych wątpliwości. Wiedziałam, że żyje, że chce nas wszystkich Nie Czystokrwistych zgładzić. Codziennie płakałam z tego powodu w ramię Zabniniego. I to nie było tak, że tylko ja byłam rozdartą babą. Od długiego czasu spałam u Blaise'a w dormitorium. Rodzice Flinta zażądali, by wcześniej wrócił do domu, więc było nas troje w dormitorium.
Codziennie Draco przynosił coraz to gorsze i bardziej mrożące krew w żyłach nowości.
Płakaliśmy wszyscy. Draco, Blaise i ja. Codziennie.
Siadłam przy obiedzie. Neville już przestał pytać czemu mam opuchnięte oczy i czy wszystko dobrze. Nie było dobrze, nikt nawet nie próbował tak kłamać. Każdy z nas wiedział, że szykuje się coś wielkiego. Coś co zatrzęsie posadami tej szkoły. Tylko dlaczego dwie tragedie miały się zadziać dzień po dniu? 
Nad nami zaczęły latać sowy z listami. Nie liczyłam na żaden list i żadnego nie dostałam. Przeżuwałam bez wyrazu na twarzy tosta. Neville mnie szturchnął ramieniem i pokazał głową na drzwi. Ku nim kierował się przerażony Zabini. Już z daleka widziałam łzy na jego twarzy. Ściskał jakiś papier w dłoni. Kiwnęłam głową Neville'owi i ruszyłam za chłopakiem. Szedł szybko, niesamowicie szybko i zanosił się jeszcze duszonym szlochem.
-Blaise - krzyknęłam za nim próbując go dogonić. Ten na moment się zatrzymał i spojrzał na mnie. Podbiegłam do niego i ujęłam jego dłoń. - Chodźmy do ciebie - szepnęłam, a on nawet nie próbował protestować, tylko posłusznie zaczął iść na dół. Weszliśmy do Pokoju Wspólnego, a potem do dormitorium. Blaise wszedł pierwszy, a ja zamknęłam drzwi. Jak tylko słychać było kliknięcie drzwi usłyszałam przerażająco zdewastowany płacz Zabiniego. Odwróciłam się, siedział z plecami przy ścianie koło swojego łóżka i płakał. Podeszłam do niego i usiadłam na łóżku. Ten położył głowę na moich kolanach i przytulił moje nogi do siebie. Z moich oczu mimowolnie poleciał wodospad łez.
-Co się stało? - wyszeptałam próbując brzmieć jak najspokojniej. Ten tylko podał mi pozginaną kartkę i płakał dalej. Położyłam dłoń na jego głowie i gładziłam ją delikatnie. Otworzyłam kartkę.
'Blaise, masz czas do północy na zjawienie się we dworze, inaczej twoja matka zginie.'
Nie wiem czy byłam zła, czy przerażona. Nie wiedziałam co mam czuć. Nie potrafiłam nazwać tego co w tym momencie zachodziło w mojej głowie. Odsunęłam głowę Zabiniego i usiadłam między jego udami, a stopy splotłam za jego plecami. Mocno go do siebie przytuliłam.
On tylko płakał. Zacisnął mocno pięści na swojej koszuli, którą miałam na sobie. Płakałam z nim. Nie potrafiłam nic innego zrobić. Nie byłam w stanie się ruszyć, pocieszyć go. Nie powiem mu, że wszystko będzie dobrze, bo to będzie pierdolenie.
-Kocham cię - zdołałam tylko wybełkotać, a on jeszcze mocniej do mnie przywarł i jeszcze głośniej zaczął płakać. Moje serce rozpadło się na miliony kawałków.
Do pokoju wszedł przestraszony Dracon. Odwróciłam głowę tylko na tyle, żeby pokazać nosem kartkę leżącą na łóżku. Chwilę potem cała nasza trójka, przyklejona do siebie bardzo mocno płakała w swoje ramiona.
Wszyscy zdecydowanie mieliśmy dość, a jeszcze nic się nie stało. Jeszcze nawet się nie zaczęło. Godzinę po tym, może dwie Blaise zaczynał się uspokajać. Ja patrzyłam tępo w ścianę za nami. Cała nasza trójka miała powolne odleżyny od drewnianej podłogi.
-Blaise, musisz się pakować - wyszeptałam dotykając jego głowy. Ten spojrzał na mnie pustymi oczami. Ujęłam jego twarz i delikatnie pocałowałam go w czoło, potem w prawe oko i lewe oko, nos, na moment zatrzymałam się na ustach. Poruszył twarzą dopiero przy nich. Mocno przycisnął swoje wargi do moich. Odsunął się.
-Dobrze - powiedział zdartym głosem i wstał. Spojrzałam na Draco. Wszyscy mieliśmy w oczach żal i pustkę jednocześnie. Wstałam i podałam dłoń Malfoyowi. Ten ujął ją i wstał. Pogładziłam go po głowie, a on pocałował mnie we włosy tuż nad skronią. 
Zaczęliśmy o siebie niesamowicie mocno dbać w ostatnim czasie. Każde z nas było dla drugiego jak największym oparciem. Podeszłam do Blaise'a. 
-Będziesz pakować - stwierdziłam cicho, a ten kiwnął głową i podszedł do skrzyni. Otworzył ją, a ja podawałam mu koszule, spodnie, piżamy, bluzy. Zostawiłam tylko jedną czarną bluzę. Ściągnęłam z siebie koszulę, którą miałam na sobie i też mu ją podałam. Ten spojrzał na mnie i kiwnął lekko głową. Założyłam na siebie bluzę wiszącą w szafie. Zapięłam ją do połowy. Blaise spakował jeszcze kilka zeszytów i jakieś dwa podręczniki. Zatrzymał się na moment i spojrzał na mnie.
-Em, musimy zerwać. Nie możesz się wahać czy mnie zabić, gdy będę po drugiej stronie - powiedział zimnym głosem patrząc mi w twarz. 
-Nie - powiedziałam pewnym głosem. Zabini podszedł do mnie i położył dłonie na moich policzkach.
-Skarbie, proszę. To będzie ostatnia rzecz, o którą cię kiedykolwiek poproszę - wyszeptał przysuwając swoje czoło do mojego. Był pewien tej decyzji. 
-Nie - powtórzyłam tak samo pewnym głosem jak wcześniej. Ten zamknął na moment powieki. Jego policzki znowu stały się mokre. Dokładnie tak jak moje. Nie wiedziałam, że ludzie są w stanie wyprodukować tak wielką ilość płynów.
-Błagam - wymamrotał przerażonym głosem. - Zrób to dla mnie - dodał otwierając oczy. Widziałam, że był sparaliżowany strachem. Kiwnęłam twierdząco głową wbrew sobie.
-W momencie, gdy przekroczysz próg Pokoju Wspólnego nie będziemy razem? - spytałam całkowicie wbrew sobie i wyciągnęłam w jego stronę mały palec. Ten objął mój mały palec swoim i przytulił mnie mocno do siebie całując w czoło. Zamknęłam oczy głęboko wdychając zapach perfum Zabiniego. Po kilku krótkich minutach odsunął się ode mnie.
-Muszę już iść, nie chcę, żeby coś jej zrobili - powiedział patrząc to na mnie, to na Malfoya. Wszyscy kiwaliśmy głowami w ten sam sposób. Blaise podszedł do Draco.
-Będziemy się widzieć, ale uważaj na siebie - usłyszałam łamiący się głos Smoka. Podeszłam do drzwi. Chciałam się pożegnać na osobności. Mimo że Draco wiedział i widział bardzo dużo, to to pożegnanie chciałam odbyć bez świadków. 
-Opiekuj się Emmie, tak jak ona będzie się opiekować tobą - powiedział Blaise odsuwając się od Malfoya. Oboje kiwnęli głowami. Blaise wyszedł ze mną na korytarz i zamknęliśmy drzwi. 
Spojrzałam na Zabiniego, a on mocno wpił się w moje usta. Całowaliśmy się w pośpiechu, łapczywie. Powoli brakowało powietrza. Żadne z nas nie zwracało na to uwagi. W końcu musieliśmy się od siebie odkleić. Spojrzałam na Zabiniego z lekko zaróżowiałymi policzkami. Wiedziałam, że moje włosy są potargane, a jego koszula pomięta.
-Nawet nie wiesz jak cholernie cię kocham - powiedział całując mnie w czoło. Pogładziłam go po policzku.
-Ja ciebie też - odparłam z bladym uśmiechem. - Teraz idź, pozdrów mamę - dodałam, a ten kiwnął głową i ostatni raz mnie pocałował. Ruszył na dół i w momencie, gdy przekroczył próg Pokoju Wspólnego wiedziałam, że nie ma już odwrotu. Że teraz muszę traktować go jak Śmierciożercę, jeśli będzie stał po przeciwnej stronie i musiał mi coś zrobić. Weszłam do dormitorium nie przejmując się jak wyglądam. Spojrzałam na Draco. Siedział na swoim łóżku z oczami wbitymi w dłonie.
-Przyjdą tu jutro. Na chwilę. Nie znienawidź mnie za to co będą kazali mi zrobić - powiedział chłopak. Usiadłam za nim na łóżku i położyłam mu dłoń na plecach.
-Nie znienawidzę - wyszeptałam. - Żadnego z was nie znienawidzę - dodałam jeszcze ciszej. Draco kiwnął głową. 
-Jestem zmęczony - powiedział cicho patrząc na mnie. Oparłam się o zagłówek łóżka i wsunęłam nogi pod kołdrę.
-Połóż się. Ja i tak nie dam rady zasnąć - wyszeptałam, a ten kiwnął głową. Malfoy przebrał się w piżamę i położył głowę na poduszce. Podkulił lekko nogi. Położyłam dłoń na jego głowie delikatnie ją głaskając. Nie wiem co jutro Draco zrobi. Nie chciałam wiedzieć. Najważniejsze było to, że go nie opuszczę. Tego byłam pewna i dotrzymałam słowa. 
Nie spałam całą noc. Nie dałam rady. Dopiero nad ranem udało mi się zmrużyć oko. Jak się obudziłam Draco już nie było, a za oknem słońce już zaszło. Czułam, że coś złego się musiało stać. Miałam wrażenie, że cały Hogwart zamarł. Dopięłam bluzę i ruszyłam na zewnątrz. Widziałam, że inni uczniowie to samo przeczuwali i wielu w piżamach schodziło na dół po schodach.
Malfoy, co się stało do cholery.
Na początku tłumu ludzi słyszałam jakieś krzyki, ktoś coś bełkotał. Nikt nie wiedział co się dzieje. Wszyscy szli coraz szybciej. Na ustach uczniów było tylko nazwisko dyrektora.
Dumbledore?
Draco, co wyście zrobili?
Wreszcie wylądowałam blisko drzwi. Starałam się wypatrzeć w tłumie jakąkolwiek znaną i lubianą twarz. Dopiero jak przeszłam przez drzwi ktoś chwycił mnie za rękę. Za mną stał przerażony Longbottom. Ścisnęłam jego dłoń mocniej.
Smoku, do jasnej cholery.
Ludzie wpadali na siebie. Starali się nie przepychać, ale było to fizycznie niemożliwe. Na ustach były już dwa słowa. Jedno poznałam wcześniej. Nazwisko dyrektora. Drugie nie przechodziło mi przez gardło tak spokojnie.
UMARŁ.
KURWA KURWA KURWA
Nagle wszystko potoczyło się szybko. McGonagall zakryła ciało dyrektora białą płachtą. Ktoś kazał być cicho. Ludzie zaczęli unosić różdżki z żarzącymi się końcówkami do góry, do nieba. Mimowolnie też to zrobiłam. Spojrzałam na Longbottoma.
-Muszę iść - wyszeptałam i chowając różdżkę zaczęłam się przepychać do Zamku. Ruszyłam biegiem po schodach na dół. Wpadłam do Pokoju Wspólnego Ślizgonów. Nie było żywej duszy po drodze. Wbiegłam do dormitorium. Słyszałam tylko odgłos prysznica.
-Draco? - powiedziałam głośno z lękiem w głosie. Dotknęłam klamki, poruszyłam nią. Drzwi były otwarte. Weszłam do środka. Łazienka była zaparowana. Doszedł do mnie odgłos cichego płaczu. Otworzyłam drzwi kabiny. Sięgnęłam, żeby wyłączyć wodę. Malfoy siedział w brodziku bez koszulki i płakał ściskając mocno swoje kolana. Weszłam do środka i podałam mu dłoń.
-Smoku, musisz wstać - powiedziałam łagodnym głosem. Ten spojrzał na mnie spomiędzy opuchniętych od płaczu oczu. 
-Nie zabiłem go - wychrypiał, a ja kiwnęłam głową. Ujął moją dłoń i podniósł się. Podałam mu ręcznik i na moment wyszłam po jego piżamy. Wróciłam i podałam mu je.
-Ubierz się - powiedziałam cicho i wróciłam do pokoju. Sama się przebrałam w swoje. Chciałam tylko iść spać. Po chwili z łazienki wyszedł Draco w piżamach. Ujęłam jego dłoń i wsadziłam do łóżka. Położyłam się obok i przykryłam nas kołdrą. Po policzkach Malfoya dalej płynęły łzy. - McGonagall nalega, żeby wrócić do domów po pogrzebie Dumbledore'a - stwierdziłam cicho. Malfoy skulił się jeszcze bardziej. - Do trzeciego tygodnia lipca powinnam być w domu. Możesz do mnie przyjeżdżać, jeśli tylko będziesz chciał. Tylko wysyłaj sowy. Jeśli ci odpiszę to jestem, dobrze? - spytałam gładząc go po mokrych włosach. Draco pokiwał głową.
-To był Snape, ja nie dałem rady - wyszeptał, a ja kiwnęłam głową i pocałowałam go w ucho. 
-Śpij - szepnęłam, a ten odwrócił się do mnie plecami. Przytuliłam lekko jego plecy. 
To była kolejna noc, której nie będzie mi dane zasnąć.
Miało być ich znacznie, znacznie więcej.
~~~
Ten rozdział miał zawierać więcej rzeczy, jednak tak bardzo przepełniała mnie pustka po stracie Blaise'a, że postanowiłam zawrzeć ją tutaj w większości rozdziału. Pozdrawiam.

piątek, 3 kwietnia 2020

Rozdział 22

Obudziłam się, kiedy Zabini jeszcze spał. Uśmiechnęłam się lekko do jego spokojniej twarzy. Dzisiaj miał odbyć się mecz Quidditcha między Gryfonami, a Ślizgonami. Ostatnie dni były bardzo stresujące i chodził często na treningi z chłopakami.
Ja wtedy zazwyczaj zostawałam u nich w dormitorium i uczyłam się na zajęcia, spałam, albo gdzieś chodziłam z Nevillem. Longbottom nie miał jednak dla mnie tyle czasu ile wcześniej, bo zajmował się swoją dziewczyną. Okazało się, że Luna też go kocha, albo chociaż bardzo bardzo lubi.
Blaise wczoraj przyszedł z treningu ledwo żywy, więc chłopaki zostawili go w spokoju dzisiaj i poszli sami rano potrenować.
Dotknęłam jego twarzy delikatnie i musnęłam ustami jego usta. Jego oczy minimalnie się otworzyły. Na twarzy wyrósł uśmiech.
-Ale jesteś śliczna - powiedział jeszcze zachrypniętym od snu głosem. Zaśmiałam się wesoło i przytuliłam do jego klatki piersiowej.
-Świetnie wam pójdzie dzisiaj - odparłam cicho, a ten przytulił mnie mocno. Uniosłam głowę, żeby na niego spojrzeć. - Pójdę się umyć - stwierdziłam spokojnie, a ten kiwnął głową.
Wstałam z łóżka i podeszłam do szafy. Zabrałam ręcznik i ruszyłam do łazienki. Zaczęłam ściągać koszulkę, kiedy usłyszałam, że ktoś wchodzi do dormitorium.
-Blaise, do jasnej cholery, przecież wiesz, jak bardzo mnie kochasz. Wiesz, że to chodzi o mnie, a nie o Clementine - usłyszałam znajomy głos i zamarłam na chwilę.
-O czym ty mówisz Pansy? - spytał zdziwiony głos Zabiniego. Chyba aż wstał z łóżka.
-Wiem, że chodziło o mnie. Ta umowa. Nie musisz kłamać. Nie musisz już udawać, że ją lubisz - wybełkotała Parkinson.
-Pansy, na początku faktycznie chodziło o ciebie. Ale przestało - powiedział spokojnie Blaise. - Już naprawdę nie chodzi o ciebie. To nie o ciebie się staram, a o Emmie. To z nią chcę być i ją kocham - dodał Zabini, a ja zmarszczyłam zaskoczona brwi.
-Czy ty siebie słyszysz? Naprawdę chcesz zaryzykować i być z jakaś Gryfonką? - zaczęła krzyczeć.
-Pansy, błagam cię. Chcę spokojnie dzisiaj zagrać mecz, albo go oglądnąć, wiedząc, że nie będziesz się wpieprzać tam gdzie cie nie chcą - powiedział chłopak, a ja aż wciągnęłam powietrze.
-Jesteś chujem Zabini. Największym jakiego widziałam - odparła tylko Pansy i trzasnęła drzwiami. Wychyliłam głowę z łazienki i spojrzałam na Zabiniego z wzrokiem "co tu się do cholery stało". On wzruszył ramionami.
-Nie wiem słońce, ale czuję, że na tym się nie skończy - stwierdził wzdychając. Podeszłam do niego i przytuliłam się. Ten pogładził mnie po plecach.
-Słyszałam co powiedziałeś o mnie - szepnęłam cicho, a Blaise odsunął się ode mnie i uśmiechnął lekko.
-To prawda, kocham cię Emmie, ale nie jesteś zobligowana do tego, żeby mi to mówić, jeśli nie jesteś tego pewna w tym momencie - odparł z uśmiechem, a ja kiwnęłam głową.
-Dziękuję - powiedziałam i w końcu poszłam się umyć.
Czas do meczu szybko minął. Ruszyliśmy na stadion. Najpierw Blaise miał sprawdzić w szatni czy go potrzebują. Jeśli nie to miał dołączyć do mnie. Dzisiaj miałam siedzieć w miejscu dla Ślizgonów. Jak weszłam na trybuny to jedyne miejsce wolne, dla dwóch osób było za Parkinson.
Podeszłam tam i usiadłam na nim spokojnie. Spojrzałam na boisko.
-Co ty tu właściwie robisz? Nie masz swojej wydzielonej części trybun? - prychnęła Parkinson odwracając się do mnie. Spojrzałam na nią, ale spuściłam wzrok na boisko. - Halo, to nie jest twoje miejsce - próbowała dalej Pansy. Westchnęłam głęboko i spojrzałam na nią.
-Pansy, to, że Blaise jest ze mną, a nie z tobą, nie pozwala ci w żadnym wypadku mnie obrażać czy w ten sposób się do mnie odzywać - odparłam bardzo spokojnym tonem. W tłumie zauważyłam jak Blaise przeciska się w moją stronę. Miał być koło mnie za moment.
-Nie znasz go, on cię nawet nie kocha - wycedziła przez zęby.
-Okej - odparłam wzruszając ramionami i przesunęłam się, żeby Zabini mógł usiąść koło mnie. Ta usiadła z niesmakiem na twarzy. Spojrzałam na chłopaka. Miał w dłoni dwa batoniki, z czego jeden podał mi.
-Zostały mi jakieś zapasy, pomyślałem, że możesz chcieć - powiedział z uśmiechem, a ja kiwnęłam wesoło głową.
-Dziękuję - odparłam ujmując batonika. - Nie potrzebują cię dzisiaj? - spytałam, a Blaise pokiwał głową. Chwilę później gra się rozpoczęła.
Quidditch był jak zawsze komentowany przez Lee Jordana, dobrego kolegę bliźniaków i Rasmusa. Opisywał idealnie każdy ruch. Komentował bardzo bezstronnie, a przy punktach pomagała mu pani Hooch.
Blaise położył dłoń na mojej i ujął ją lekko nie spuszczając wzroku z boiska. Bardzo się ekscytował grą.
Gdzieś w oddali mignęło mi coś złotego. Złoty Znicz. Ślizgoni mieli miażdżącą przewagę. Tylko złapanie Złotego Znicza coś by zmieniło w tabeli wyników. I dokładnie 13 minut później tak się stało. Harry złapał Złoty Znicz.
Gryfoni wygrali. Co prawda 30 punktami, ale wygrali.
-U mnie jest impreza w Pokoju Wspólnym, idziesz ze mną? - spytałam, a Blaise z uśmiechem kiwnął głową. Rozweselona hałastra szła z nami. Wszyscy cieszyli się z wygranej. Weszliśmy do Pokoju Współnego Gryfonów. Impreza rozkręcała się powoli, ale widziałam, że na jednym ze stolików leżał poncz, albo jakieś inne picie. Wśród nich oczywiście dało się znaleźć mocniejsze trunki, tylko trzeba było wiedzieć gdzie szukać.
-Co ty tu właściwie robisz? Nie masz swojego Pokoju Wspólnego? - spytała zapowietrzając się Granger, która podeszła do nas. Zmarszczyłam brwi zdziwiona i już otwierałam usta, żeby jej coś odpowiedzieć.
-Granger, naprawdę, wyjmij kija z dupy i po prostu się baw. Nie pierwszy raz jest tutaj ktoś z innego domu, a ty robisz problem, tylko dlatego, że jestem Ślizgonem, albo nie lubisz Clementine - powiedział spokojnym głosem, tak żeby usłyszała tylko Hermiona. Uśmiechnęłam się delikatnie, gdy Granger zrobiła się czerwona na twarzy. Chciała odpowiedzieć coś okropnego, nawet otwierała usta, ale nic z nich nie wyszło. Odeszła niepyszna od nas do Pottera, pewnie się poskarżyć. Spojrzałam na Zabiniego rozbawiona.
-Pięknie rozegrane - stwierdziłam i stanęłam na palcach, by dostać się ustami do jego ust, które delikatnie musnęłam. Poczułam, że jego twarz wygina się w uśmiechu. Odsunęłam się, a ten objął mnie ramieniem i ponownie wsunął dłoń w jedną z tylnych kieszeni moich spodni.
Impreza powoli gęstniała w alkohol. Każdy był już delikatnie pijany, więc żeby nie zostać w tyle poszłam po kolejną porcję. Wracając do Zabiniego zderzyłam się z jakąś dziewczyną z niższego roku, która przestraszona spojrzała na mnie. Jej alkohol wylądował na moich spodniach, a ja tylko uniosłam lekko swoje kubeczki w górę.
-Bardzo cię przepraszam - powiedziała skruszona. Uśmiechnęłam się do niej rozbawiona.
-Nie ma problemu, naprawdę. Wypierze się - odparłam nie będąc wcale zła. Nie byłam takim okropnym człowiekiem, za jakiego zapewne uważało mnie pół Hogwartu. A to wszystko tylko dlatego, że Blaise był ze Slytherinu. Dziewczyna uśmiechnęła się lekko, a ja śmiejąc się wesoło z sytuacji podeszłam do Zabiniego, którego to wszystko bawiło.
-Ślicznie wyglądasz - powiedział zabierając ode mnie jeden kubeczek. Upił łyka alkoholu.
-Specjalnie dla ciebie - stwierdziłam wesoło, a ten objął mnie ramieniem i pocałował w czoło. - A tak serio, muszę zmienić spodnie. Idziesz ze mną? - dodałam, a ten ochoczo kiwnął głową. Ruszyliśmy z kubeczkami w dłoniach do mojego dormitorium. Uchyliłam drzwi badając czy nikogo na pewno nie ma. Tym razem mieliśmy szczęście.
Tuż po wejściu Zabini rzucił się na moje łóżko i spojrzał na mnie badawczo. Podeszłam do szafy i zsunęłam z siebie spodnie. Zaczęłam w niej grzebać w poszukiwaniu innych.
-Dla mnie mogłabyś tak zostać - stwierdził cicho, a ja uśmiechnęłam się lekko odwracając się do niego w samym swetrze. Przechyliłam głowę w bok patrząc na jego oświetloną blaskiem księżyca sylwetkę.
-W takim razie nie dziw się, że potem będą na mnie dziwnie patrzeć - odparłam rozbawiona i ruszyłam w jego stronę. Podeszłam do łóżka i usiadłam na jego udach okrakiem kładąc dłonie na jego klatce piersiowej. Dłonie Zabiniego powędrowały na moje odkryte biodra.
-Pamiętasz tę koszulę? - spytał z lekkim uśmiechem. Ja kiwnęłam twierdząco głową i zaczęłam powoli rozpinać jej guziki. - Miałem ją na sobie, jak pierwszy raz poczułem, że ktoś się o mnie troszczy, że jest ktoś, kto mnie nie opuści i dla kogo nie dałbym rady być dupkiem już nigdy w życiu - stwierdził błądząc wzrokiem po moim ciele.
-Miałeś ją na sobie, gdy ja zauważyłam, że wcale ciebie nie nienawidzę, a wręcz przeciwnie, zaczęło mi wtedy zależeć na tobie. Na tym, abyś był szczęśliwy - szepnęłam w odpowiedzi. Ten uśmiechnął się i położył dłoń na moim policzku. Spojrzałam na niego, kiedy ostatni guzik jego koszuli był rozpięty.
-Już wtedy byłem w tobie szaleńczo zakochany, ale jeszcze nie potrafiłem tego nazwać czy przyznać przed samym sobą - wymamrotał, gdy zbliżyłam twarz do jego twarzy. - Gdy zostałaś ze mną w nocy, nie posiadałem się ze szczęścia. Trzymanie ciebie w ramionach było dla mnie czymś tak niesamowitym, przepełniało mnie tyloma emocjami, a ja przecież tylko cię przytulałem - dodał patrząc mi w oczy. Uśmiechnęłam się delikatnie i musnęłam jego usta swoimi.
-Pokazałam ci, że można spać z kobietą w łóżku i wcale nie oznacza to seksu? - spytałam rozbawiona w jego usta. Ten ścisnął lekko moje biodra i zaczął podsuwać mój sweter do góry.
-Pokazałaś mi, że podziały na lepszych i gorszych nie mają sensu - odparł, a ja uniosłam ręce, by ściągnął ze mnie sweter. - Pokazałaś mi, co znaczy kochać - wyszeptał patrząc prosto w moje oczy, a ja z pasją wpiłam się w jego usta. Jego dłonie błądziły po moich plecach, a ja zsuwałam z niego koszulę. Po chwili wszystko upadło na podłogę, a my zanurzyliśmy się w szczeniackiej miłości, która na ten moment była jednym z najpiękniejszych epizodów w moim życiu.
~~~
Naprawdę dobrze pisało mi się ten rozdział. Nie wiem co jeszcze powiedzieć, naprawdę.

poniedziałek, 23 marca 2020

Rozdział 21

Obudziło mnie delikatne szturchanie w ramię. Uchyliłam powieki i ujrzałam zaspaną twarz Zabiniego. Jego usta układały się w lekki uśmiech.
-Dzień dobry - powiedział cicho i położył dłoń na moim policzku. Moje serce podskoczyło do gardła ze szczęścia w tym momencie.
Przysunęłam lekko twarz do jego i pocałowałam go w usta przymykając oczy.
-Znajdźcie sobie pokój - usłyszałam głos Draco od strony innego łóżka. Odsunęłam się od Zabiniego i spojrzałam w stronę tlenionego. Złapałam poduszkę i rzuciłam w jego stronę.
-Spadaj - odparłam rozbawiona. Blaise wstał i poszedł do łazienki. Usiadłam w jego łóżku i przykryłam nogi szczelniej kołdrą.
-Nie wiedziałem, że plan z Pansy przyniesie taki obrzydliwy obrót - zaśmiał się Draco. Spojrzałam na niego zdziwiona. Uniosłam brwi. - Jesteście obrzydliwie słodcy - wyjaśnił szybko Malfoy.
-Wiedziałeś? - spytałam lekko zdziwiona.
-Wiedziałem, że mu się podobała. Jak przyszedł pierwszy raz z tobą trzymając się za ręce, faktycznie się zdziwiłem, ale cieszyłem się, że Pansy mu przeszła. Trochę się myliłem, ale chciałem, żeby na tą imprezę u mnie nie zaprosił Pansy. Nie zasługiwała na niego. Teraz widzę, że już jest to za nim i cieszy się z ciebie, jak jeszcze nigdy z nikogo – powiedział Malfoy.
-Ja też się bardzo z tego cieszę. Nie podejrzewałabym, że mogę się tak z nim zbliżyć, mimo że kiedyś się nienawidziliśmy - odparłam spokojnie. - Jest dobrym człowiekiem. Wszyscy jesteście - dodałam i wstałam z łóżka. 
Podeszłam do kufra Blaise'a i wyciągnęłam jakąś czarną bluzę. Nałożyłam na siebie i znowu zwróciłam wzrok na Draco.
-Ty też jesteś bardzo dobrym człowiekiem. Blaise to świetny chłopak, tylko jego trzeba poznać. Jak nas wszystkich - mruknął Malfoy. Kiwnęłam twierdząco głową, a Blaise wyszedł z łazienki.
-O, jaka ładna bluza - zaśmiał się patrząc na mnie. Wyszczerzyłam się do niego.
-A takiemu jednemu zabrałam. Może się nie obrazi - stwierdziłam, a ten podszedł do mnie i położył dłoń na biodrach.
-Może nie - odparł i pocałował mnie lekko.
-Jezu, serio potrzebujecie pokoju - znowu usłyszałam Draco i zamykane drzwi do łazienki. Odsunęłam się od Zabiniego. Spojrzałam mu w jego ciemne oczy. Dotknęłam jego policzka moją dłonią.
-Dziękuję za wczoraj - wyszeptałam, a on tylko pocałował mnie w czoło. Uśmiechnęłam się lekko. - Idę na śniadanie, muszę pogadać z Longbottomem, bo czuję, że mnie zabije za to, że go wczoraj zostawiłam - mruknęłam, a Blaise się zaśmiał.
-To chodźmy, bo słabo by było jakbyś umarła - powiedział rozbawiony. Zeszliśmy spokojnie po schodach. - On wie, że jesteśmy razem razem? - spytał łapiąc mnie za rękę.
-A jesteśmy? - zarumieniłam się lekko.
-Oh, a nie? - mruknął lekko skonsternowany Blaise. Uśmiechnęłam się i pocałowałam go w policzek na moment przystając.
-Chyba tak - powiedziałam wesoło. Zobaczyłam uroczy uśmiech na jego twarz, jak wchodziliśmy do Wielkiej Sali. Blaise poszedł do siebie, a ja usiadłam koło lekko złego z twarzy Neville'a.
-Okej, już wyjaśniam - zaczęłam patrząc na niego. - Wczoraj, jak poszłam na górę to w moim dormitorium był Barty, chciał mnie pocałować. Byłam trochę roztrzęsiona, płakałam chwilę...
-Ale wszystko w porządku? - spytał lekko zaniepokojony Longbottom chwytając mnie za dłoń. Kiwnęłam głową potwierdzając.
-Poszłam do Blaise'a. Zasnęłam u niego. Obudziłam się w nocy i chyba... Chyba jesteśmy teraz normalnie razem. Nie ma Parkinson w tym układzie, tylko my we dwoje - powiedziałam z lekkim uśmiechem. Neville też się lekko uśmiechnął.
-Jeśli ty jesteś szczęśliwa, to ja też jestem -stwierdził spokojnie. Ujęłam tosta i spojrzałam na niego.
-A u ciebie i Luny? Układa wam się? - spytałam gryząc tosta. Na twarzy Neville'a pojawił się lekki rumieniec.
-Chcę jej dzisiaj powiedzieć, że ją kocham - odparł, a moją twarz rozświetlił uśmiech.
-Cudownie, strasznie się cieszę - powiedziałam wesoło ujmując jego dłoń. - Jak bardzo jesteś pewien, że ją kochasz? - dodałam z uśmiechem.
-Mniej więcej tak samo bardzo, jak tego  że jak mi jeszcze raz znikniesz na cały dzień bez słowa, to ci coś zrobię - odparł wystawiając język w moją stronę.
-Aż tak bardzo? - spytałam udając zaskoczenie i oboje zaczęliśmy się śmiać. Dojadłam tosta i dopiłam sok dyniowy.
Wstaliśmy i ruszyliśmy spokojnie na Eliksiry. Pod salą zobaczyłam Lunę i uśmiechnęłam się do Longbottoma.
-Będziesz siedział z Luną? - spytałam patrząc na zestresowanego chłopaka. Ten zmarszczył brwi.
-Zaraz się dowiem - powiedział odważnym głosem i podszedł do dziewczyny.
Poczułam dłoń na ramieniu i odwróciłam się z uśmiechem. Spojrzałam w ciemne oczy Blaise'a i zaśmiałam się wesoło.
-Siedzisz ze mną? - spytał z uśmiechem.
-Jak Neville będzie siedział z Luną, to tak - powiedziałam szukając wzrokiem chłopaka. Stał przy Krukonce. Zwrócił wzrok na mnie i uniósł kciuka do góry.
Blaise pocałował mnie w skroń, a drzwi sali się otworzyły. Ukazał się w nich uśmiechnięty Slughorn.
-To będzie ciekawa lekcja - mruknęłam jak już weszliśmy z Blaisem do środka. Ten zaśmiał się wesoło. O dziwo, zajęcia naprawdę szybko minęły.
Może to dobre towarzystwo?
Może to możliwość położenia głowy na czyimś ramieniu?
Może to zwyczajnie relacja z Zabinim tak na mnie działa?
-Idziemy potem do mnie? W sensie śpisz u mnie? - spytał Blaise idąc koło mnie na obiad.
-A chcesz mnie u siebie dwa dni pod rząd? - odparłam pytaniem na pytanie z uśmiechem na twarzy. Ten pokiwał radośnie głową.
-Ciebie zawsze - powiedział i pocałował mnie w czoło lekko. Uśmiechnęłam się szeroko do niego.
Był niesamowitym człowiekiem przy bliższym poznaniu.
Jak ktoś tak paskudny kiedyś mógł stać się kimś tak bliskim i tak ciepłym teraz?
-Za dwa tygodnie ma być ponoć kolejne spotkanie Klubu Ślimaka. Po meczu i świętowaniu - mruknęłam niechętnie. Blaise głęboko westchnął.
-Jedyny plus jest taki, że Slughorn patrzy na nas lepiej i tak się nas nie czepia - stwierdził, a ja potwierdziłam ruchem głowy.
Wszystkich z Klubu Ślimaka traktował lepiej, z większą dozą pobłażliwości. Jednak trochę się cieszyłam, że uczestniczyłam w tym. To był duży plus, bo odchodził dosyć trudny przedmiot, jakim są Eliksiry.
Po zjedzeniu obiadu ruszyliśmy do Zabiniego, żeby spokojnie się ulokować. Musiałam mu w końcu oddać bluzę. Żeby pewnie jutro też ją zabrać. Kto wie.
Weszliśmy do Pokoju Wspólnego Slytherinu. Dalej byłam pod wielkim wrażeniem całego wnętrza. Byłam zachwycona za każdym razem, jak tam przychodziliśmy. Blaise tylko się uśmiechał lekko i ciągnął mnie do swojego dormitorium.
-Uważaj na schodach - powiedział widząc, że nie patrzę pod nogi. Machnęłam ręką idąc spokojnie za nim. Nikt nie wie do tej pory, jakim cudem się nie wywróciłam.
Weszliśmy do środka. Draco i Marcus byli w środku. Usiadłam na łóżku Zabiniego. On klapnął tyłkiem koło mnie.
-Nie przeszkadza wam, że będę tutaj spać, prawda? - spytałam patrząc na Draco. Ten zaprzeczył ruchem głowy.
-Spoko, nie jesteś pierwsza - powiedział zza książki Flint. Blaise podszedł do niego i złapał go za kołnierz.
-Czy ty nie możesz się czasami zamknąć? - warknął, a Draco aż wstał z łóżka.
-Ale o co wam chodzi. Co mnie obchodzi, kto tu spał. Ważne, że nikogo nie skrzywdziłeś i obiecujesz, że mnie też nie skrzywdzisz - powiedziałam wzruszając ramionami przeglądając jakąś książkę leżącą na szafce Zabiniego. Ziewnęłam kartkując podręcznik z run. - Chodzisz na to? - spytałam zwracając wzrok na Blaise'a. Ten już nie trzymał Flinta za kołnierz tylko patrzył na mnie badawczo.
-Nie. Ale myślałem nad tym i muszę oddać podręcznik w końcu - odparł trochę nieufnie. Draco uśmiechał się wesoło, a Flint miał niezidentyfikowany wyraz twarzy. Ni to zaskoczony, ni to przestraszony.
-Okej - wzruszyłam ramionami.
Blaise w końcu usiadł koło mnie, ale dalej patrzył na mnie badawczo.
-Ej, serio, co mnie obchodzi z kim byłeś? Gratuluję, że z kimś byłeś. Każdy tu z kimś był. Mijamy tych ludzi codziennie na korytarzach i żyjemy dalej. Cieszę się, że teraz jesteśmy razem i tyle - powiedziałam z lekkim uśmiechem.
Twarz Blaise'a znormalniała. Sam nawet delikatnie się uśmiechnął. Przybliżył się lekko do mojej twarzy i pocałował mnie w czoło.
-Cieszę się, że jesteśmy razem - powtórzył po mnie, a ja zaśmiałam się wesoło. Zwróciłam wzrok na chłopaków.
-Jesteście gotowi na mecz za tydzień? - spytałam poprawiając się na łóżku. Oparłam się o ścianę za łóżkiem.
-Wiadomo. Pokonam Pottera - powiedział Malfoy prężąc muskuły z wielkim uśmiechem. Zaśmiałam się wesoło.
-W tobie nadzieja Draco - stwierdziłam radośnie. - Kocham swój dom, ale wam tak samo bardzo kibicuję. Macie mocną drużynę i bardzo zgraną - dodałam sensownie. Marcus kiwnął głową potwierdzając moje słowa.
-Wszyscy naprawdę się do tego przykładają i chcą wygrać. Myślę, że bez bliźniaków może być to trochę prostsze, ale kto wie - stwierdził Flint dyplomatycznie. Uśmiechnęłam się lekko.
Wiedziałam, że każdemu zależy na wygranej i bardzo cieszyłam się, że każdy podchodzi do tego poważnie. Osobiście kochałam Quidditcha dzięki bliźniakom i Rasmusowi. Każde stłuczenie i każda blizna na moim ciele miała swoją historię, ale zdecydowanie najwięcej było od Quidditcha.
Między chłopakami rozgorzała dyskusja o strategii gry. Mówili bardzo sensownie.
Ja wzięłam podręcznik o runach i położyłam głowę na udach Zabiniego.
Jeśli tak będą wyglądać moje najbliższe miesiące w Hogwarcie to zdecydowanie tego chcę. Cieszyłam się z każdej spędzonej z Zabinim chwili. Uśmiechnęłam się zza podręcznika do jego poważnej twarzy dyskutującej o grze. Na moment spojrzał na mnie i obdarzył mnie tak ślicznym uśmiechem, że sama sobie zazdrościłam tej relacji.
Oby trwała długo, jak najdłużej.
~~~
Pozdrawiam wszystkich w tych trudnych czasach i życzę każdemu zdrowia.

sobota, 8 lutego 2020

Rozdział 20

Po powrocie do Hogwartu okazało się, że jest masa zadań do zrobienia. Jednak jedno z nich było zdecydowanie najważniejsze. Spojrzałam na Neville’a zawalona książkami i skryptami nowych zwierząt od Hagrida.
-Zaraz przyjdę na obiad, tylko to rzucę do dormitorium – zapewniłam z uśmiechem i potruchtałam na górę do Wieży Gryffońskiej. Weszłam po schodach do własnego dormitorium, a kartki wypadły mi z rąk na samym progu. Przeklęłam pod nosem i zaczęłam je zbierać.
-Damie nie przystoi takie słownictwo – usłyszałam senny głos dochodzący ze strony mojego łóżka. Wzniosłam głowę prędko ujmując różdżkę w dłoń. Wymierzyłam ją dokładnie w sam środek czaszki przeciwnika. Barty uniósł dłonie nad głowę.
-Co ty tu robisz? – mruknęłam opuszczając różdżkę. – Ktoś mógł cię zobaczyć – dodałam złym tonem.
-Chciałem cię zobaczyć i może dokończyć to co zaczęliśmy w łazience – stwierdził z okropnym uśmiechem przyklejonym do twarzy. Zmarszczyłam brwi.
-Nic nie będziemy dokańczać – mruknęłam oburzona. Teraz to Barty zmarszczył brwi. Usiadł na moim łóżku.
-Chyba nie rozumiem. Tam zdawałaś się taka przekonana. Co się stało? Czy to przez Zabiniego? Nagle zaczęło ci na nim zależeć? – spytał, a z każdym słowem jego ton był coraz mniej miły. Dalej ściskałam różdżkę w dłoni na wszelki wypadek.
-Przestań – poprosiłam odsuwając się w stronę drzwi.  – Idź stąd – dodałam spokojniej. Kolor twarzy Croucha powoli przypominał odcień włosów bliźniaków. Powoli podnosiłam różdżkę w jego stronę, bo co moment się przybliżał do mnie.
-Jesteś skończoną idiotką – warknął, po czym zniknął w kłębach czarnej mgły. Oparłam się o drzwi i zjechałam po nich plecami z bezsilności. Przetarłam oczy, żeby nie było widać w nich łez. Pozbierałam resztę kartek i wyszłam z dormitorium. Ruszyłam na dół nawet nie patrząc na to, kto siedzi na fotelach czy kanapie. Wyszłam z Pokoju Wspólnego i ruszyłam po schodach do Lochów. Weszłam za jakimiś Ślizgonkami do środka. Nie obchodziło mnie co oni sobie wszyscy o mnie myślą. Omiotłam tylko pokój za Zabinim, którego tam nie było. Wspięłam się po schodach i zapukałam do ich dormitorium.
-Proszę – odezwał się ze środka głos Malfoya. Otworzyłam drzwi. Flint i Malfoy siedzieli każdy na swoim łóżku i o czymś gadali. Tylko Zabini leżał, ale kiedy mnie zobaczył usiadł.
-Nie przeszkadzam? – spytałam cicho, a Blaise szybko zaprzeczył ruchem głowy. Podeszłam do jego łóżka i położyłam się koło niego. Ten oparł się o poduszki i objął mnie ramieniem. Wtuliłam się w jego bok zamykając oczy. Nie chciałam siedzieć w swoim dormitorium sama. Nie chciałam, żeby wrócił. Żeby go nakryli i zabrali do Azkabanu. Z drugiej strony nie chciałam mieć z Crouchem nic wspólnego. Kompletnie nic.
Usta Zabiniego dotknęły mojego czoła, gdy Flint i Malfoy kontynuowali rozmowę o Quidditchu. Uśmiechnęłam się blado. Czułam się tak dobrze w jego ramionach. Starałam się jednak nie zapominać dlaczego jesteśmy tak blisko. Dalej to tylko przedstawienie. Ale równie dobrze mógł mnie wyrzucić, albo powiedzieć, że przeszkadzam.
Nie zrobił tego. Nigdy mnie nie odrzucił jak do tej pory. Tak bardzo nie chciałam tego niczym burzyć. Tak dobre mieliśmy relacje, mimo że jeszcze niedawno nienawidziliśmy się tak mocno, że trudno było rozstrzygnąć kto kogo bardziej.
Z tego wszystkiego nawet nie wiem kiedy usnęłam oparta o klatkę piersiową Zabiniego.

~perspektywa Zabiniego~

Do pokoju rozległo się pukanie.
-Proszę – mruknął Draco. Drzwi do dormitorium uchyliły się ukazując Emmie. Widać było, że coś złego się stało. Miała lekko zaczerwienione oczy. Płakała?
-Nie przeszkadzam? – spytała cicho, a ja usiadłem na łóżku i zaprzeczyłem ruchem głowy. Ona podeszła do mojego łóżka i położyła się koło mnie. Objąłem jej ciało ramieniem i zacząłem gładzić po plecach.
-Następny mecz naprawdę musimy wygrać. Żeby nie było jak w tamtym roku, że zaczęliśmy dobrze, a potem Gryffoni nas wyprzedzili – mruknął Flint, na co pokiwał twierdząco głową Malfoy.
-To wszystko przez Pottera – przyznałem, a oni spojrzeli na mnie. – Gdyby nie on nie mieliby nic. Nie potrafiliby nawet odbić piłki. Może poza Weasleyami  - dodałem.
-Okej, ale w tym roku nie ma bliźniaków – zauważył Draco. Kiwnąłem głową i nachyliłem się nad czołem Emmie. Pocałowałem je lekko.
-To lepiej dla nas – przyznał Flint. Spojrzał najpierw na zegarek, potem na Draco. – Blaise, my idziemy na kolację. Przynieść wam coś? – spytał patrząc na Emmie, która zasnęła. Kiwnąłem głową twierdząco.
-Byłbym wdzięczny – stwierdziłem, a ci wyszli z dormitorium.
Spojrzałem na Gryffonkę i westchnąłem lekko. Czemu ta piwnooka dziewczyna zaczęła dla mnie tyle znaczyć? Czemu czuję się przy niej tak niesamowicie dobrze? Dlaczego mi zależy na tym, żeby była szczęśliwa?
Wzniosłem wzrok na sufit i podrapałem się po nosie. Przytuliłem ją do siebie mocniej. Nie mogłem teraz jej powiedzieć czegoś głupiego. Nie spotykamy się naprawdę. Tutaj chodzi o Pansy. Ale czy Parkinson dalej mi się tak podoba jak kiedyś?
Zdecydowanie nie. Teraz czułem o wiele większą więź z Emmie. Ale ona dalej udawała. Dalej pamiętała o zakładzie. Prawda?
To normalne, że przyszła do mnie, po prostu się przytuliła. Czyżby?
Już nie wiedziałem, co o tym myśleć. Zamknąłem oczy i westchnąłem po raz ostatni zanim drzwi do dormitorium się nie otwarły.

~perspektywa Clementine~

Obudziłam się mocno wciśnięta w ciało Zabiniego. Uśmiechnęłam się lekko, gdy spojrzałam w dół, a nasze ciała były przykryte kołdrą. Musiał to zrobić Blaise. Rozglądnęłam się po pokoju. Malfoy i Flint już spali. Za oknem było cholernie ciemno. Zwróciłam wzrok na Zabiniego. Położyłam dłoń na jego twarzy.
-Blaise – wymamrotałam cicho i pogładziłam go po twarzy. Zabini uchylił powieki i widząc mnie uśmiechnął się lekko. – Powinnam się zbierać – dodałam, a ten zaprzeczył automatycznie zaprzeczył ruchem głowy.
-Zostań – poprosił cicho. – Prefekci teraz chodzą po korytarzach. Nie chciałbym, żebyś przeze mnie miała kłopoty – dodał z głupim uśmiechem na twarzy. Kiwnęłam głową lekko.
-Myślisz o wszystkim – przyznałam rozbawiona. Zabini pocałował mnie w czoło i spojrzał mi w oczy. W zakamarkach jego brązowych tęczówek kryła się bursztynowa poświata, którą dopiero teraz zauważyłam.
-Jeśli już tu śpisz to przydałyby się piżamy – stwierdził rozumnie, a ja uśmiechnęłam się delikatnie. Zabini wysunął się spod kołdry i podszedł do szafy. Usiadłam na jego łóżku i patrzyłam na to co robi. Wyciągnął jakiś ciemny komplet z jednej z szuflad i podął mi górę sam zostając z dołem. Spojrzałam na niego, a on zasłonił oczy dłońmi zostawiając lekkie szpary między palcami. Dokładnie tak jak się ogląda straszne filmy, albo sceny seksu przy rodzicach. Pokręciłam głową z politowaniem i wstałam odwracając się do niego plecami. Zsunęłam z siebie sweter i spodnie. Wsunęłam się w jego koszulkę do spania. Dotknęłam gładkiego materiału przylegającego do mojego ciała. Jedwab?
-Dziękuję – powiedziałam odwracając się. O mało nie wpadłam na Zabiniego stojącego tuż za mną w samym dole piżamy. Na jego twarzy widziałam ten sam głupi uśmiech co chwilę wcześniej. Spuściłam wzrok na jego łóżko i wsunęłam się pod kołdrę. Zaraz pojawił się koło mnie Blaise. Objął mnie ramieniem i spojrzał w oczy.
-Emmie? – mruknął kładąc dłoń na moim policzku. – Czemu, gdy tutaj przyszłaś wyglądałaś jakbyś płakała? – spytał, a ja mechanicznie westchnęłam i zwróciłam wzrok na sufit.
-To długa historia – przyznałam cicho. Ten pogładził mnie po plecach lekko i pocałował jeszcze raz w czoło.
-Mamy czas – wymamrotał spokojnym głosem.
Kiwnęłam głową i zaczęłam opowiadać. Od samego początku. Skąd znam Bartyego. Jak jest on dla mnie ważny. Raczej jak był dla mnie ważny.
O spotkaniu go u Longbottomów. O plastrach. O pocałunkach. O dzisiejszym krzyku. O okropnym uczuciu pustki, która zostaje mi po każdym spotkaniu z nim. O tęsknocie za starym Crouchem Juniorem.
-Nie wiedziałem – szepnął zaskoczony Zabini, gdy tylko skończyłam historię. Uśmiechnęłam się blado kiwając głową lekko.
-Wybacz, że cię tym męczę – odparłam, a Blaise prawie się zapowietrzył w złości. Oparł się na rękach i spojrzał na mnie z góry.
-Nie waż się więcej w ten sposób myśleć. Nawet nie wiesz jak cholernie się cieszę, że mi to powiedziałaś – wymamrotał strofującym tonem. W momencie jego twarz znowu wyrażała spokój. – Zależy mi na tobie – dodał ledwo słyszalnie. Oboje na chwilę zamarliśmy.
Zależy mi na tobie. Zależy mi na tobie. Zależy mi na tobie… Blaise’owi zależy… Na mnie.
Podniosłam się delikatnie z łóżka i musnęłam jego usta swoimi. Z początku wyczułam z jego strony zdziwienie, ale zaraz potem zniżył się lekko, bym mogła położyć głowę na poduszce. Położyłam dłoń na jego policzku, a druga wylądowała na jego plecach. Blaise położył jedną ze swoich dłoni na moim brzuchu i rozpiął jeden z guzików koszuli. Wsunął tam swoją dłoń i dotknął mojego nagiego brzucha. Poczułam uśmiech na swoich ustach. Położyłam drugą dłoń na plecach i zsunęłam obie na jego lędźwie. Jego usta zsunęły się na moją szyję. Odchyliłam lekko głowę do tyłu. Blaise wzniósł wzrok znad mojej szyi i spojrzał na mnie. Uśmiechnął się delikatnie. Oparłam się na rękach i zaśmiałam się cicho.
-Clementine Joyce, jesteś niemożliwa – stwierdził i położył się koło mnie rozbawiony. Objął mnie ramieniem i pocałował w nos.
-Blaise Zabini, najmężniejszy ze Slytherinu. Ten co nienawidzi Gryffindoru. Co ty robisz w łóżku z Gryffonką? – spytałam z uśmiechem. Zabini położył dłoń na moim policzku i pogładził go delikatnie.
-Spędzam czas z niesamowitą kobietą, która pokazała mi, że Gryffindor nie jest wcale taki zły, jak go malują – odparł cicho, a ja położyłam moją dłoń na jego. Widziałam na raz tyle uczuć w jego oczach. Widziałam dokładnie tego chłopaka, który podał mi moje zasuszone kłosy lawendy, które wypadły z książki w pociągu.
Wtedy kompletnie nic nie wiedziałam. Chciałabym wtedy wiedzieć, że to wszystko doprowadzi do tego momentu. Że jedna książka, jedna głupia prośba rozpocznie rozdział, który tak wiele będzie dla mnie znaczył.
~~~
Ten rozdział chyba najprościej mi się pisało, mimo że jest dosyć basic.

Rozdział 19

Rano obudziło mnie mocne pukanie do drzwi. Uchyliłam powieki i ruszyłam zaspana do nich. Pociągnęłam za klamkę i otworzyłam je lekko. Za nimi stał uśmiechnięty Malfoy.
-Cześć Clementine. Zabini żyje? – spytał wesołym tonem. Uśmiechnęłam się lekko i wpuściłam chłopaka do środka kiwając głową. Zamknęłam za nim drzwi i znowu weszłam do łóżka, na miejsce tuż koło Zabiniego. Malfoy stanął przy łóżku od strony Blaise’a i zaczął go budzić.
-Smoku? – spytał zaspany Zabini. – Co tu robisz? – dodał i objął mnie ramieniem. Zamknęłam oczy kładąc głowę w zagłębieniu ramienia chłopaka.
-Chciałem sprawdzić jak się czujesz i powiedzieć, że za niedługo trzeba będzie wracać – powiedział z uśmiechem, a Zabini kiwnął głową i ziewnął.
-Naprawdę lepiej się czuję, niż wczoraj. Chyba przeholowałem z alkoholem. Cieszę się, że Emmie mi pomogła - powiedział spokojnie, a ja uśmiechnęłam się lekko. Powoli znowu zasypiałam.
-Trzymaj się jej. To dobra dziewczyna.
To było ostatnie co usłyszałam, bo zwyczajnie zasnęłam.
Obudziło mnie delikatne szturchanie mnie w ramię i powtarzanie mojego imienia. Uczyliłam powieki i zobaczyłam wesołą twarz Zabiniego.
-Obudziła się księżniczka - zaśmiał się radośnie.
-Zbieramy się już? - spytałam przecierając oczy. Widziałam tylko jego wielki uśmiech. Dzięki niemu był tak cholernie przystojny.
-Tak - odparł i usiadł na skraju łóżka. - Em, oddasz mi moją koszulę? - spytał wesoło, a ja pokiwałam twierdząco głową.
Wstałam z łóżka, odpięłam guziki koszuli i podałam mu ją.
-Jesteś śliczna - powiedział szczerym głosem, a ja odwróciłam się sięgając po sukienkę. Na mojej twarzy malował się lekki uśmiech.
-A ty cholernie przystojny Zabini - odparłam przekładając sukienkę przez ramiona. Podeszłam do niego i odwróciłam się plecami, żeby mnie zapiął.
-Z twoich ust brzmi to naprawdę prawdziwie - stwierdził, a ja spojrzałam na niego, jak skończył zapinać zamek.
-Bo to prawda - powiedziałam patrząc mu wesoło w oczy. - Jedziesz ze mną do mnie? Tata pewnie obiad zrobił - dodałam, a Zabini posłusznie kiwnął głową. 
Ubrał się do końca i chwilę później byliśmy już na dole przy drzwiach.
W drzwiach stał Draco żegnający się z Pansy uściskiem dłoni. Kiedy nas zobaczyła uśmiechnęła się tylko do Zabiniego.
-Do zobaczenia na zajęciach Blaise - powiedziała i podała mu dłoń, jakby miał ją pocałować. Co oczywiście Blaise zrobił. Uśmiechnęłam się lekko. Draco spojrzał na mnie i przytulił mnie mocno.
-Miło mi było, że wpadłaś w odwiedziny - powiedział, a ja zaśmiałam się.
-Dziękuję, że mnie nie wyprosiłeś - odparłam rozbawiona.
Widziałam morderczy wzrok Parkinson i dosłownie nic sobie z niego nie zrobiłam. Malfoy machnął dłonią i zaprowadził najpierw Pansy, a potem nas do pojazdów. Podróż minęła szybko. Nim się obejrzałam już dziękowaliśmy kierowcy wychodząc na podjazd.
Otworzyłam drzwi do mojego domu. Wpuściłam Zabiniego przede mną. Na podjeździe nie było żadnego samochodu. Ściągnęłam szpilki w przedpokoju. Rzuciłam klucze na blat i otworzyłam lodówkę. Na pudełku plastikowym z jedzeniem w środku była karteczka.
'Emmie, w środku jest obiad dla ciebie i dla Blaise'a. Miałem pilne wezwanie do pracy.
Zobaczymy się później.
Kocham cię, tata.'
Wyciągnęłam pudełko z lodówki. 
-Chcesz kawy? - spytałam, gdy Blaise rozsiadł się już w mojej kuchni. Kiwnął głową.
-Będę mógł się w coś przebrać? - spytał spokojnie, a ja wstawiłam wodę, żeby się gotowała.
-Dam ci coś Rasmusa. Jakieś dresy mogą być? - odparłam wyciągając garnek. Wsadziłam wszystko co było w nim do środka.
-Nie będzie zły? - mruknął Zabini. Zaprzeczyłam ruchem głowy. Zrobiłam dwie kawy i postawiłam je na stole. Jedzenie szybko się zagrzało, więc zaczęliśmy spokojnie jeść.
-Było bardzo miło na tym Balu. Dziękuję, że mnie wziąłeś - powiedziałam nabijającna widelec makaron z sosem.
-Cieszę się, że ze mną poszłaś. Pansy nawet ze mną tańczyła - odparł wesoło Zabini, a ja uśmiechnęłam się szeroko.
Szybko zjedliśmy. Wrzuciłam naczynia do zlewi i poszliśmy do mnie. 
-Poczekaj tu moment - powiedziałam i poszłam do Rasmusa wyciągnąć dresy i bluzkę z jego szafy. Padło na szare dresy i czarną koszulkę z logiem zespołu Tool. Przyniosłam to Blaise'owi. 
-Dziękuję - odparł wesoło. Podeszłam do swojej szafy i zamieniłam sukienkę na granatowe dresy i białą, krótką koszulkę. Odwróciłam się do Zabiniego wesoło.
-Ślicznie wygladasz - powiedziałam radośnie widząc go pierwszy raz w życiu w dresach. Ten zmrużył oczy i wystawił mi rozbawiony język.
Drzwi do mojego pokoju otwarły się i zobaczyłam wesołą twarz Freda.
-Cześć Em-
Wzrok chłopaka spoczął na Zabinim. Zmarszczył brwi i stanął w wojowniczym rozkroku. Miałam naprawdę nadzieję, że to się nie dzieje.
-Co on tu robi? Co robi tu Ślizgon? - spytał spokojnym tonem, chociaż dało się wyczuć nutkę wrogości.
-To jest mój chłopak, Blaise - odparłam poważnym tonem. Widziałam przelewającą się złość na twarzy Weasley'a i przewracanie ostentacyjnie oczami.
-Naprawdę wiążesz się z człowiekiem, który nie dość, że nie szanuje naszego domu, to jeszcze dręczy Gryfonów? - ryknął na mnie.
-Nie waż się tak do mnie mówić - odparłam pewnym głosem i zrobiłam krok w przód. Krok ku niemu. - Nie jestem głupia. Blaise jest dobrym człowiekiem. Zwyczajnie go nie znasz - dodałam mrużąc lekko oczy.
-Ludzie się aż tak nie-
-Ale jaki ty masz z tym problem? Zrobił ci coś? - przerwałam mu w połowie zdania. Byłam wściekła. Nie miał prawa wparować do mojego pokoju i krytykować moich wyborów, nawet jeśli nie były do końca prawdziwe.
-Emmie, ja cię zwyczajnie kocham i nie chcę, żeby-
-Fred, ja ciebie też cholernie kocham, ale jeśli kogoś będziesz miał to naprawdę zaakceptuję tą osobę, bo wiem, że potrafisz samodzielnie wybierać i wiesz, kiedy ktoś jest złym człowiekiem - odpowiedziałam normując ton głosu. Wiedziałam, że to na niego zadziała. Że tym argumentem wygrałam. Bo miał sens. Bo wiedział, że to prawda.
Z twarzy Weasley'a zaczęła schodzić złość.
-Dlaczego jesteś tak mądrą osobą? - spytał podchodząc do mnie i do Zabiniego. Wysunął w jego kierunku dłoń. - Przepraszam - powiedział poważnie, a Zabini ścisnął mu rękę w geście przebaczenia.
-Mam was za braci. Ktoś musi być w tym towarzystwie mądry - odparłam z nutką sarkazmu. Na twarzach Zabiniego i Weasley'a pojawiły się delikatne uśmiechy. Cieszyłam się, że mam ich obu. 
Zabini delikatnie objął mnie w pasie i pocałował w czubek głowy. Wiedziałam, że zaraz będę musiała wracać do Hogwartu i znowu stawić czoła profesorom. 
Ale jeszcze nie teraz. Jeszcze teraz mam ich i mogę z nimi spędzić czas.
~~~
Ten rozdział był taki trochę smętny, jednak dosyć mi się podobał. Pozdrawiam.