sobota, 29 września 2018

Rozdział 9

Wychodząc z Wielkiej Sali zobaczyłam Slughorna gadającego z Zabinim. Oboje się uśmiechali do siebie, chociaż Blaise wyglądał na trochę zaskoczonego. Oczy Slughorna wylądowały na mnie i szybko przywołał mnie do siebie dłonią.
-Clementine Joyce, moja droga. Podejdź - powiedział wesoło nauczyciel, a ja zrobiłam o co prosił dosyć szybko. - Pewnie słyszałaś o Klubie Ślimaka, czyli moim pomyśle na poznawanie lepiej uczniów Hogwartu - dodał radosnym tonem. Kiwnęłam głową z grzeczności, bo nie miałam pojęcia o co mu chodzi. Ukradkiem spojrzałam na Zabiniego, który był tak samo skołowany jak ja, ale mniej to okazywał.
-W takim razie zapraszam was oboje na spotkanie Klubu Ślimaka w najbliższy czwartek w moim gabinecie. Sprawicie mi wielką przyjemność, gdy przyjdziecie - stwierdził na koniec ściskając nam dłonie i odszedł ucieszony. Zabini odprowadził go wzrokiem do Wielkiej Sali i spojrzał na mnie.
-Czym do cholery jest Klub Ślimaka? - spytał zaskoczonym tonem. Prychnęłam lekko i wzruszyłam ramionami.
-Najwyraźniej dowiemy się w czwartek - stwierdziłam, na co zgodnie Zabini kiwnął głową i uśmiechnął się do mnie lekko. Przygryzłam wargę i również uśmiechnęłam się delikatnie, tylko bardziej niezręcznie. - Muszę iść do biblioteki - mruknęłam, a Zabini lekko się ożywił.
-Zabawny zbieg okoliczności, umówiłem się tam z Draco - stwierdził i ruszył wolnym krokiem ku bibliotece. Westchnęłam ledwo zauważalnie i wyrównałam z nim krok.
-Zabawny - przyznałam cicho z niezbyt zadowoloną miną. Nie przepadaliśmy za sobą bardzo szczerze. Wiedziałam to od momentu, w którym zaczęliśmy rozmawiać będąc na pierwszym roku. Prawie każdy Ślizgon przechwalał się wtedy swoim czystokrwistym pochodzeniem i przynależnością do Slytherinu.
Szukali przyjaciół, jak twierdzili.
-Zrobiłaś już esej na transmutację do McGonagall? - spytał wspinając się po schodach na pierwsze piętro. Położyłam dłoń na barierce i sunęłam nią do góry.
-Jeszcze nie. Jest jeszcze kilka dni - przyznałam, a on kiwnął ze zrozumieniem głową. - A ty? - spytałam raczej z grzeczności.
-Właśnie idę pisać - obdarzył mnie pełnym uśmiechem. Wyglądał naprawdę miło i niegroźnie. Aż sama zdziwiłam się, że nie wywoływał u mnie spazmów związanych z naszywką domu Węża.
Stanęliśmy przed drzwiami do biblioteki, w których mnie przepuścił. Kiwnęłam głową z wdzięcznością i weszłam do środka.
-Idę poszukać książek na Opiekę nad Magicznymi Stworzeniami - powiedziałam już cichym tonem, żeby nie zdenerwować bibliotekarki. Ten kiwnął głową, a ja ruszyłam do znanej mi półki.
-Jeszcze jedno Joyce - mruknął Zabini, na co się odwróciłam na moment. - To jak dzisiaj dogadywałaś się z hipogryfem Hagrida było naprawdę ciekawe. Widać, że to lubisz - stwierdził cicho. Uśmiechnęłam się do niego przyjaźnie i zniknęłam za jednym z regałów idąc tylko sobie znaną drogą.
~~~
Spojrzałam na zielonookiego chłopaka siedzącego naprzeciwko mnie w fotelu. Przysunęłam nogi do siebie. 
-Na pewno wiesz, czym jest ten Klub Ślimaka? - spytałam cicho. Ten kiwnął głową i zwrócił wzrok na mnie z palącego się kominka.
-Kiedyś babcia mi opowiadała. Rodzice mieli wielu znajomych tam. Opowiadali babci - mruknął i delikatnie dotknął mojej dłoni. - Clem, on patrzy na ludzi w sposób materialistyczny. Miał za przyjaciela właściciela Miodowego Królestwa, bo wiedział kim może zostać w przyszłości - mruknął, a ja spojrzałam z lekkim politowaniem na niego.
-Nev, kochanie, będzie dobrze. Ja mam tylko Rasmusa, tylko z tego mogę być znana - odparłam cicho patrząc mu głęboko w oczy. Ten kiwnął niepewnie głową i pogładził mnie po dłoni.
-Będzie tam wielu Ślizgonów. Uważaj na siebie - wymamrotał, a ja zaśmiałam się lekko i również pogładziłam jego dłoń.
-Dramatyzujesz - odparłam zabawnie i dotknęłam lekko jego nosa. Ten westchnął i wrócił do pergaminu dzierżonego na kolanach. Ja zsunęłam jego dłoń ze swojej i zaczęłam się zastanawiać nad coraz milszym zachowaniem Zabiniego.
Czyżby szykowała się jakaś pułapka? Miałam się czegoś obawiać? Czy wręcz przeciwnie, nagle okazywał się lepszym człowiekiem?
W to ostatnie tak bardzo wątpiłam, ale z drugiej strony tak bardzo chciałam wierzyć. Zupełnie jak z Bartym Crouchem Juniorem. Niby okrutny morderca, ale w moim sercu dalej będzie sierotą, która pomagała mi się pozbierać z zadrapanych kolan.
Spojrzałam na mężczyznę siedzącego koło mnie. Jego zielone oczy wpatrywały się w pergamin oraz czasami z książkę leżącą na jednym z jego kolan. Tak bardzo nie chciałam, żeby coś mu się stało w jego domu. Tak bardzo mi na nim zależy. Był przy mnie w wielu dziwnych, okrutnych, bezsensownych chwilach. Jest najlepszym przyjacielem, jakiego mogłam sobie wymarzyć. Nigdy mnie nie oceniał, nigdy nie pisnął słowa o tym, jak głupim człowiekiem jestem. A jestem niesamowicie głupim człowiekiem. Dalej nie wiem, czemu on właściwie się ze mną zadaje. Nigdy nie chciałam wiedzieć. Bo gdyby się nad tym zastanowił, straciłabym go. Nie zasługuję na tak niesamowitego człowieka. Na Longbottoma.
Jego wzrok spoczął na moich lekko rozkojarzonych oczach.
-Clem, powinnaś iść spać. Odprowadzić cię? - spytał cicho. Kiwnęłam głową spokojnie, a on wstał zostawiając na fotelu pergamin oraz książkę. Wsunęłam rękę pod jego ramię. Nie wiedziałam, czemu jestem tak nagle zmęczona.
-Dlaczego mi pomagasz? - wymamrotałam cicho. Mój głos był zmęczony, ale dalej słyszałam w nim dużą nutę zaskoczenia całym zdarzeniem. Neville westchnął lekko i uśmiechnął się do mnie.
-Lubię cię. Niesamowicie cię lubię Clementine. Jesteś moją najlepszą przyjaciółką, odkąd pomogłaś mi znaleźć Teodore. Pewnie nawet nie wiesz jak było to dla mnie ważne - mruknął wspinając się po schodach do mojego dormitorium. - To tak jakbyś ty zgubiła Rasmusa, albo któregoś z bliźniaków Weasley - dodał, a ja zaśmiałam się lekko.
-To musiało być niesamowicie ważne wydarzenie - wymamrotałam, a ten kiwnął głową twierdząco. - W tamtym momencie poznałam niesamowitego człowieka, którego dzisiaj mogę nazywać przyjacielem, ale który może trochę nie ma racji co do Klubu Ślimaka. Zobaczę - obwieściłam otwierając drzwi do dormitorium. Zatrzymałam się w drzwiach.
Swój wzrok zwróciłam na Longbottoma. Jego wzrok był lekko zrezygnowany.
-Jeśli pozwoli nam kogoś przyprowadzić czuj się zaproszony. Nie tylko, żebyś się przekonał, że Slughorn może nie być takim okropnym człowiekiem, ale też żeby się trochę rozerwać - odparłam z uśmiechem. - Zasługujesz na to - dodałam, co spotkało się ze śmiechem Longbottoma.
-Za to cię kocham Joyce. Zawsze potrafisz mnie rozbawić - stwierdził i zaczął powoli schodzić po schodach.
-Neville - mruknęłam, na co na moment przystanął. - Zasługujesz na wiele. Nie wiem jak cię przekonać, ale po prostu mi uwierz. Clementine, twojej przyjaciółce - dodałam patrząc na tył jego głowy. Ten raz kiwnął głową i zaczął schodzić na dół po schodach. Zamknęłam za sobą drzwi do dormitorium i westchnęłam głęboko.
Nigdy nie wiedziałam, czemu ma tak niską samoocenę, tak dziwnie do wszystkiego podchodzi. Wiedziałam o problemach z jego rodzicami, jednak nie wszystko to tłumaczyło.
Prawda?
~~~
Ja wiem, że ten rozdział pod koniec stał się nagle zadziwiająco czuły i chaotyczny, ale proszę nie winić mnie, a butelkę czerwonego półsłodkiego wina. Pozdrawiam i zapraszam do komentowania.

wtorek, 18 września 2018

Rozdział 8

Drzwi otworzyły się wraz z dźwiękiem wesołego śmiechu. Zbyt dobrze go znałam. Zmarszczyłam brwi wstając z łóżka Neville'a. Zielone oczy Pottera wierciły dziurę w moim brzuchu.
-Będę się zbierać. Do jutra - powiedziałam z bladym uśmiechem skierowanym do Longbottoma. Ten kiwnął lekko głową, a ja wyszłam szybko z dormitorium. Nie chciałam zamieniać nawet słowa z tym idiotą. Nie miałam ochoty denerwować się bardziej. Szczególnie teraz, gdy zachowanie jednego ze Ślizgonów wywoływało u mnie zdziwienie.
Zaczęłam wspinać się po schodach prowadzących do damskich dormitoriów. Wsunęłam swoje ciało do własnego dormitorium i nie patrząc nawet na współlokatorki weszłam pod kołdrę. Nasunęłam ją na nos i mocno zamknęłam oczy. Zasnęłam zadziwiająco szybko.
Równie szybko zostałam obudzona. Któraś z dziewczyn, nie chciałam wiedzieć która, zrzuciła coś ciężkiego na podłogę wywołując niesamowity huk.
-Ludzie próbują spać - wyszło spomiędzy moich zaciśniętych szczęk. Nie próbowałam otwierać oczu. Nie miałam na to kompletnie siły. Automatycznie poszłam spać.
-Emmy, za 10 minut zajęcia - usłyszałam zdyszany głos nad uchem. Uchyliłam powieki natychmiastowo. Ujrzałam nad sobą gotowego na zajęcia Longbottoma. Uśmiechnęłam się tylko do niego i zaczęłam latać po dormitorium jak oparzona.
-Nawet nie wiem, jak mogę ci dziękować, że po mnie przyszedłeś - wymamrotałam pomiędzy dopinaniem spodni, a szukaniem ciemnego swetra w szafie. Ten zaśmiał się lekko rozwalając się na moim łóżku.
-Zgarnąłem dla ciebie dwa tosty. Wiesz, jeśli Joyce nie ma na śniadaniu to coś musiało się stać - stwierdził, a ja zaśmiałam się spinając włosy w niskiego kucyka. Zarzuciłam szatę na siebie i zabierając tosta z wyciągniętej dłoni Neville'a wybiegłam z dormitorium. On biegł za mną.
Pierwsza miała być Opieka nad Magicznymi Zwierzętami. Jak mogłam być tak głupia i zaspać przed moją ulubioną lekcją? Jak mogłam nie pomóc Hagridowi w przygotowaniu zajęć jak zawsze? Byłam poważnie zła na siebie i bardzo wdzięczna mojemu przyjacielowi, który deptał mi po piętach.
Wpadliśmy na Błonia z kilkuminutowym spóźnieniem. Hagrid już zaczął coś mówić o zasadach obowiązujących na zajęciach. Takie same jak co roku.
Nie wolno podchodzić do zwierząt, jeśli prowadzący nie powie tego wyraźnie. 
Nie denerwować nieznanych zwierząt, bo nigdy nie wiadomo jak zareagują. 
Była tego cała masa. Znałam wiele zwierząt, więc zazwyczaj akurat mnie one nie obowiązywały. Poza tym zawsze traktowałam je z należytym szacunkiem, więc nigdy nie miały powodu się na mnie denerwować.
-Clementine, Neville, witajcie - powiedział wesoło Hagrid na moment odrywając się od monologu o zasadach bezpieczeństwa. Uśmiechnęłam się wesoło do profesora.
-Przepraszamy za spóźnienie, to był ostatni raz. Obiecuję - stwierdziłam, a ten kiwnął głową rozbawiony i kontynuował wykład. Neville nachylił się nad moim uchem.
-Tak się cieszę, że masz z nim dobry kontakt. Snape już by nam połowę punktów domu odjął - wyszeptał ze śmiechem. Kiwnęłam rozumnie głową. Brzmiało zdecydowanie jak Nietoperz.
-Dzisiaj mam wam do pokazania pewne majestatyczne zwierzę. Wiem, że na trzecim roku już mieliśmy o nich zajęcia, ale skoro mam możliwość pokazać wam je jeszcze raz, to czemu nie skorzystać - stwierdził z uśmiechem i zaczął nas prowadzić w głąb lasu.
Na środku potężnej polany stał majestatyczny, zadziwiająco różowawy hipogryf. Zdecydowanie był jednym z najpiękniejszych zjawisk jakie dane mi było ujrzeć w moim życiu.
-To jest hipogryf, jak już pewnie wiecie. Hybryda orła i konia. Żywi się padliną, ale także jest drapieżnikiem, więc zdarza mu się polować. Ten to Klębolot - powiedział ze stoickim spokojem. Hipogryf delikatnie chował dziób pod lewe skrzydło. - Czy ktoś chciałby go dosiąść? - spytał, a moja dłoń spokojnie się podniosła na wysokość mojej głowy. Byłam dogłębnie zachwycona tym idealnym stworzeniem.
Hagrid kiwnął głową, gdyż nikt inny się nie zgłosił. Przywołał mnie ruchem dłoni do siebie. Ja podeszłam na bezpieczną odległość. Rubeus już miał wszystko znowu objaśniać, jednak ja z największym szacunkiem pokłoniłam się Kłębolotowi. Ten spojrzał na mnie i również się ukłonił. Na mojej twarzy pojawił się delikatny uśmiech. Bardzo spokojnie podeszłam do hipogryfa i wyciągnęłam dłoń. W momencie jego dzióbek znalazł się pod moją dłonią. Gładziłam jego delikatne pióra na głowie.
-Polubił cię - stwierdził wesoło Hagrid. Uśmiechnęłam się szerzej i podeszłam do hipogryfa jeszcze bliżej. Ten położył głowę na moim ramieniu i lekko pacnął swoim policzkiem o mój. Poczułam dłonie Hagrida na mojej talii. Zaczął mnie podnosić, abym mogła usiąść na hipogryfie. Gdy już znalazłam się na jego grzbiecie nic nie było ważne. Głupie spojrzenia Ślizgonów stojących koło Gryffonów, jak na trzecim roku. Gryffoni za to mieli dość radosne twarze.
W obu z tych grup była jedna osoba, która tam nie pasowała. W Gryffońskiej oczywiście Potter, który swoim grymasem wymalowanym ostro na twarzy od razu obrzydził mi dzisiejszy dzień. U Ślizgonów zaś zauważyłam lekki cień uśmiechu na twarzy Zabiniego, gdy wpatrywał się we mnie.
Wzruszyłam ramionami i wzniosłam się do góry. Poczułam wiatr we włosach obejmując dłońmi szyję Kłębolota. Wsunęłam palce w pióra znajdujące się na jego bokach.
Zaczęliśmy lecieć nad wielkim jeziorem. Spojrzałam w dół i uśmiechnęłam się do swojego odbicia widocznego w oddali w wodzie. Czułam się po prostu wolna. Hipogryf powoli zaczął zniżać lot, aby wylądować na polanie między Gryffonami i Ślizgonami. Wylądowaliśmy, a ja schodząc czułam, że uśmiech na mojej twarzy od dawna nie był taki wielki.
~~~
Weszłam na Wielką Salę i ruszyłam na swoim codziennym miejscu. Neville siadł koło mnie z uśmiechem.
-Dawno nie widziałem cię tak radosnej - stwierdził wesoło. Zwróciłam na niego wzrok i obdarzyłam uśmiechem.
-Wiem, ale to było tak niesamowite. Naprawdę kocham te zwierzęta - odparłam ujmując widelec leżący koło mojego talerza. - Ogólnie wszystkie zwierzęta - dodałam wbijając widelec w ziemniaka. Neville kiwnął głową lekko.
Na Wielkiej Sali pojawiły się sowy pocztowe i zaczęły rozdawać listy. Wśród nich zobaczyłam Świstoświnkę. Mocno się zdziwiłam, bo Rasmus musiałby od razu mi odpisać na list. Ta usiadła przede mną, a ja dałam jej kawałek tosta. Zabrałam jej z nóżki list i odwinęłam go.
'Kochana Emms,
Tak bardzo się ucieszyliśmy, jak nam napisałaś, że Filch zakazuje używania naszych wynalazków.
Wiedziałem, że tak kiedyś będzie, ale że nawet Filch. We troje stwierdziliśmy, że to osiągnięcie co najmniej życiowe.
Bardzo dobrze nas wyczułaś, nie wiem czemu zawsze czytamy wszystko razem. Szczególnie twoje listy. Mam nadzieję, że nie przeszkadza ci to.
Po drugie, jasna cholera, Nietoperz ma was uczyć OPCM'u? 
CZY DUMBLEDORE JUŻ DO RESZTY ZWARIOWAŁ?
Trzymaj się tam. Pozdrów Neville'a i uważaj na siebie.
Kocham, Rasmus.'
Uśmiechnęłam się do listu i schowałam go do wewnętrznej kieszeni szaty.
-Rasmus cię pozdrawia - powiedziałam patrząc na  Neville'a, który w tym momencie preżuwał kurczaka. Kiwnął głową wesoło. - Po obiedzie idę do biblioteki. Poszukam książek o magicznych zwierzętach, których jeszcze nie czytałam - mruknęłam.
-Chyba nie ma takich książek - zaśmiał się wesoło Longbottom. Kiwnęłam rozumnie głową. Faktycznie to mogła być prawda. Odkąd chodzę do Hogwartu zajęcia z Magicznymi Stworzeniami były moimi ulubionymi. W domu, w Londynie miałam bardzo dużo książek kupionych w Esach i Floresach. Przynajmniej miałam z kim to dzielić. To było najważniejsze.
~~~
Wracam z kolejnym rozdziałem. Trochę mi z tym zeszło, ale jestem na drugim roku studiów i w ogóle, więc było warto się starać. Pozdrawiam i zapraszam do komentowania.

poniedziałek, 3 września 2018

Rozdział 7

Wejściu na Wielką Salę jak zwykle towarzyszył wesoły, ale też, przez pierwszoroczniaków głównie, lekko przerażony szmer. Dzieciaki starały się nie plątać pod nogami, przez co o mało się o nie nie przewracaliśmy. Starałam się iść szybko i pewnie. Ażeby usiąść na własnym siedzeniu.
W tym roku będzie koło mnie więcej wolnego miejsca, nie żeby ktoś chciał to wykorzystać, ale nie wiedziałam, czy siedzenie z wyższym rocznikiem, jak to mieliśmy w zwyczaju, jeszcze wliczało się w rutynę.
Wsunęłam się szybko na jedno z miejsc przy ławie Gryffonów, po czym pociągnęłam dłoń Neville'a ku sobie, żeby usiadł obok mnie. Uśmiechnęłam się do przyjaciela i zaczęłam rozglądać po pustych jeszcze stołach. Jak zawsze nasz stół był położony jak najdalej Ślizgońskiego. Jakoś nie pałaliśmy do siebie wielką przyjaźnią.
Dzieciaki ustawiły się w przestraszonym tłumie przed stołem profesorów, prawie wsadzając nosy w mównicę Dumbledore'a. Zaśmiałam się na ten widok i mój wzrok mimowolnie skierował się w stronę najdalszego stołu. Ciemnobrązowe oczy obserwowały mnie do momentu, w którym spojrzałam tam. Wtedy szybko odwrócił wzrok udając zainteresowanie słowami Malfoya.
W co ty grasz Zabini? Czy na pewno chcę grać w to z tobą?
-Witajcie drodzy uczniowie - powiedział Albus wchodząc na mównicę, dzięki czemu skierował całą naszą uwagę na siebie.- Hogwart jest zaszczycony tym, że dołączacie w tym roku do nas. Czeka was rok czarodziejskiej edukacji. Pan Filch, nasz woźny, prosił mnie, żeby powiedzieć o ścisłym zakazie używania jakichkolwiek przedmiotów kupionych w Magicznych Dowcipach Weasleyów.
Na moją twarz wpłynął ogromny uśmiech. Czułam się jak dumna siostra, bo doskonale wiedziałam jak trójka moich mężczyzn byłaby dumna z tego przytyku od Filcha.
-Miło mi powitać wśród nas nowego członka ciała pedagogicznego, profesora Slughorna. Jest moim byłym kolegą i zgodził się objąć ponownie stanowisko nauczyciela eliksirów - dodał Dumbledore, a w momencie, gdy koło niego wstawał starszy, wpół łysy mężczyzna, po sali rozległ się cichy odgłos zawodu oraz zaskoczenia.
To musiało znaczyć, że Snape...
-Natomiast profesor Snape obejmie stanowisko nauczyciela obrony przed czarną magią - dokończył, a mój wzrok wylądował na tak samo skrzywionym Neville'u. Zmarszczyłam brwi i nachyliłam się nad nim.
-Co tu się do cholery wyprawia? - spytałam szeptem. Jedyne co uzyskałam w odpowiedzi to lekko przestraszony wzrok i bezradne wzruszenie ramionami. Przetarłam twarz dłonią, a Tiara Przydziału zaczęła już rozkładać pierwszoroczniaków po domach. Cieszyłam się ze świeżaków w Gryffindorze, jednak bardzo słabo to okazywałam.
Nie było lepiej nawet, gdy jedzenie pojawiło się na stołach. Mechanicznie brałam kęsy obiadu i przeżuwałam je. Nie chciało mi się rozmawiać z innymi uczniami, Neville rozumiał to jak nigdy sam też nie inicjując konwersacji.
Prefekci zaczęli zbierać świeżaki do siebie, żeby zaprowadzić ich do Pokoi Wspólnych i Dormitoriów. Wstałam razem z nimi i zgarniając swój kufer wdrapałam się na górę. Zależało mi tylko na rzuceniu bagażu do dormitorium i napisaniu listu do Rasmusa.
-To jest portret, który będzie was wpuszczał do Pokoju Wspólnego i Dormitoriów. Hasło to Veritaserum. Lepiej je zapamiętajcie - powiedział jakiś czwartoroczny prefekt. Weszłam z chmarą dzieciaków i pobiegłam na górę. Postawiłam kufer w nogach mojego łóżka. Siadłam przy biurku wyciągając pergamin i pióro.
'Kochany Rasmusie, 
Na pewno się ucieszycie, kiedy powiem tobie wam, że sam Filch prosił naszego szanownego dyrektora, aby przestrzec przed używaniem produktów z TWOJEGO WASZEGO SKLEPU!
Wiedziałam, że to wywoła uśmiech na twojej waszych twarzy.
Z drugiej jednak strony Slughorn, ten starszy nauczyciel, pojawił się i zajął stanowisko nauczyciela Eliksiów. Nie zgadniesz czego będzie uczył Nietoperz!
Obrony przed Czarną Magią, rozumiesz?
Co tu się dzieje.
Pozdrawiam, Emms.'
Westchnęłam zwijając pergamin. Odłożyłam pióro na miejsce, po czym wstałam z siedzenia. Cały plan samowystarczalności i nietęsknienia od samego początku właśnie wziął w łeb. Potruchtałam do Sowiarni, żeby szybko wysłać list.
Ludzie zbierali się na schodach, które starały się nie wariować. Szłam w przeciwną stronę przepychając się przez tłum uczniów. Bardzo nie chciałam nikogo poturbować. Słabo mi szło.
Prawie potknęłam się o kilka kufrów i zagubione dzieciaki. Wzruszyłam ramionami.
-Uważaj jak idziesz - mruknął mocny głos, gdy prawie weszłam komuś na plecy. Machnęłam na to ręką i ruszyłam dalej. - Oczywiście Joyce - dodał ten sam głos lekko rozbawiony. Na sekundę się odwróciłam, by tylko pokazać środkowego palca Zabiniemu, którego głos był aż nadto charakterystyczny. Ten zmarszczył brwi. Czułam, że było to bardzo nierozważne z mojej strony. Uczucie minęło jak tylko zniknęłam za zakrętem.
Dotruchtałam do wieży zachodniej i uchyliłam drzwi do Sowiarni. Nie miałam swojej sowy, ale od jakiegoś czasu Weasleyowie, a bardziej sam Ronald, stwierdził, że jeśli tylko będę potrzebować sowy to bez problemu mogę pożyczać jego Świstoświnkę, bo sam rzadko wysyła listy. Wsunęłam moje nędzne ciało do środka i zamknęłam za sobą drzwi.
-Świnka - mruknęłam, a szara sówka usiadła mi na ramieniu bardzo szybko machając skrzydełkami. Uśmiechnęłam się lekko i przywiązałam jej list do nóżki. - Dasz to Rasmusowi? - spytałam gładząc ją po główce. Ta skrzywiła ją lekko i odleciała mi z ramienia. Spojrzałam za nią i wyszłam z Sowiarni. Naprzeciwko drzwi stał Zabini w czarnej koszuli z założonymi na piersi.
-Mogę ci w czymś pomóc? - spytałam wzdychając lekko. Ten spojrzał na mnie i opuścił ręce. Zmarszczyłam brwi.
-Przepraszam za słowa Malfoya z pociągu. Wiem, że Draco nie zdobędzie się na przeprosiny, a do Neville'a nie chciałem się bezpośrednio zwracać - mruknął, a ja tylko patrzyłam na niego zdziwiona. Mimowolnie moje usta lekko się rozchyliły w geście zdziwienia. Kiwnęłam lekko głową.
-Przepraszam za wcześniejszego środkowego palca - odparłam ciszej, niż on. Zabini lekko się uśmiechnął i machnął lekko ręką.
-Nie ma problemu. Trochę sobie zasłużyłem - stwierdził i zaśmiał się delikatnie. Dalej byłam w głębokim szoku, ale na mojej twarzy pojawił się blady uśmiech.
-Trochę tak - przyznałam kiwając delikatnie głową. Zza rogu wyłonił się Crabe. Zabini kiwnął na niego głową i ruszył w jego stronę uśmiechając się do mnie. Zniknęli w korytarzu prowadzącym na dół.
Musiałam przyznać, to było dziwne, niepodobne do Zabiniego czy innego Ślizgona, ale takie miłe. Z lekkim uśmiechem zaczęłam schodzić na dół i kierować się do Pokoju Wspólnego. Nie mogłam się doczekać miny Longbottoma, kiedy usłyszy to wszystko.
-Veritaserum - wymamrotałam, a Gruba Dama wpuściła mnie do środka. Na fotelach nikogo ciekawego nie było. Gdzieś w kącie mignęli mi Thomas i Finnigan męczący siostry Patil swoimi głupimi żartami.
Wdrapałam się po schodach do dormitorium opatrzonego w numer pięć i zapukałam do drzwi. Od razu złapałam za klamkę, nie czekając nawet na odpowiedź. Wsunęłam głowę w drzwi i zobaczyłam Neville'a leżącego na łóżku z książką w dłoni.
-Rób kawę, mam takie nowości, że będziesz mnie jeszcze dziesięć razy pytać czy mówię prawdę - powiedziałam zamykając drzwi za sobą i rzuciłam się na łóżko tuż obok niego.
-Szlag Emmy, uwielbiam cię - stwierdził ze śmiechem zamykając książkę. Poprawił się na łóżku, a ja zaczęłam opowiadać.
Na twarz Longbottoma z każdą sekundą wchodziło coraz większe zdziwienie. Już wiem jak wyglądał mój wyraz twarzy, gdy to się działo. Strasznie głupio.
-Czekaj, Emmy, jesteś pewna, że to był Zabini? - spytał dalej zaskoczony Neville. Kiwnęłam ponownie głową
-Jego nie da się z nikim innym pomylić. Doskonale to wiesz - wymamrotałam, a ten oparł się o ścianę za nim. Przejechałam po jego pościeli dłonią i westchnęłam lekko. - Przynajmniej przeprosił, mimo że nie musiał - dodałam wzdychając. Longbottom kiwnął lekko głową. Rozglądnęłam się po pustym dormitorium. Ważne, że nie było nikogo, kto mógłby coś głupiego powiedzieć.
Prócz nas rzecz jasna.
~~~
Wracam z kolejnym rozdziałem. Pozdrawiam i zapraszam do komentowania.

piątek, 24 sierpnia 2018

Rozdział 6

Pod nami rozlewał się piękny widok, jak zawsze zachmurzonego Londynu. W świetle dziennym Tamiza wyglądała jeszcze lepiej, niż w nocy. Chociaż London Bridge nocą nie umywał się do tego po zachodzie słońca.
-Będzie mi tego trochę brakować do świąt - mruknęłam opierając czoło o zamknięte okno. Fred pogładził mnie po ramieniu lekko. Odwróciłam się do niego z uśmiechem.
-Szkocja też jest piękna. Szczególnie Hogwart - powiedział Weasley wesoło, a ja pokiwałam głową lekko. Powoli zbliżaliśmy się do miejsca Dworca King's Cross. Uśmiech od razu wstąpił na moją twarz i niewiele mogło go stamtąd zmyć.
Zaparkowaliśmy na parkingu tuż pod dworcem. Fred wyciągnął z tylnego siedzenia mój kufer i zaczęliśmy iść ku peronowi dziewięć i trzy-czwarte. Każdy uczeń Hogwartu, który nie był pierwszy raz tutaj nauczył się nie pytać o ten peron. Żaden pracownik nie wiedział o jaki peron chodzi. Z roku na rok wzrok na nas, pytających, był coraz bardziej zatrważający.
Stanęłam przed ścianą między dziewiątym, a dziesiątym peronem. Spojrzałam na Freda, który położył kufer koło mnie.
-To chyba pożegnanie - mruknęłam, a ten podszedł do mnie i przytulił mnie do siebie. Zmarszczyłam lekko brwi.
-Nie idziesz ze mną na peron? - spytałam zdziwiona. Ten odsunął się na moment ode mnie i spojrzał na mnie z uśmiechem.
-Doskonale wiesz, że nie wróciłbym do sklepu - odparł, a ja zaśmiałam się i kiwnęłam głową. Jeszcze raz przytuliłam chłopaka i odsunęłam się. Wspięłam się na palcach i pocałowałam go w policzek.
-Dziękuję. Do zobaczenia - powiedziałam wesoło i weszłam w ścianę między peronami.
Wokół mnie pojawił się widok, który napawał moje serduszko tylko wesołymi wspomnieniami. Masa uczniów w szatach z różnymi naszywkami. Wśród nich widziałam moich dumnych Gryffonów. Wszyscy mieli mniejsze czy większe kufry, ale także ludzi koło nich. Pewnie członków rodziny. Westchnęłam lekko i ruszyłam w stronę jednego z ostatnich wagonów. Nie chciałam pchać się w największy rumor. Poczułam miękką dłoń na ramieniu, a gdy się odwróciłam stanęłam twarzą w twarz z moim czarnowłosym przyjacielem w szarym kardiganie.
-Neville - wykrzyknęłam wesoło i przytuliłam go. Ten zaśmiał się i oddał uścisk. Tuż za nim stała ciocia Augusta, już gotowa do odjazdu do domu.
-Witaj Clementine, właśnie cię szukaliśmy - powiedziała radośnie kobieta i przytuliła mnie lekko. - Powodzenia w tym roku w Hogwarcie. Zachowujcie się i bez głupich pomysłów - dodała wesoło. Kiwnęliśmy zgodnie głowami patrząc na siebie rozbawieni. Ta pokiwała głową z politowaniem i ruszyła do wyjścia.
-Gdzie siadamy? - spytał Longbottom, na co ja wskazałam przedostatni wagon. Ten kiwnął głową i zaczął się pakować do środka.
-Jeśli chcesz siąść z Potterem i tak dalej, to bez obaw. Nie mam nic przeciwko temu, jeśli bardzo ci na tym zależy - mruknęłam idąc za chłopakiem. Ten machnął ręką wchodząc do pustego przedziału. Położył nasze kufry na szafkach nad siedzeniami.
-Nie jest to wcale ważne. Wolę siedzieć z tobą i swobodnie gadać, niż z nimi i widzieć jak się męczysz - mruknął siadając na jednym z siedzeń. Uśmiechnęłam się lekko zatykając uciekający włos za ucho.
-Wiesz, że jesteś najlepszym przyjacielem, jakiego mogłam sobie wymarzyć? - spytałam zsuwając z nóg trampki. Ten kiwnął nieskromnie głową i uchylił okno.
-Ktoś musi być tym najlepszym. Padło na mnie, ale jestem gotowy na to poświęcenie - stwierdził poważnym tonem, a ja zaśmiałam się wesoło. Neville uśmiechnął się do mnie i wyciągnął jakąś mugolską książkę. Zrobiłam dokładnie to samo i rozłożyłam się na dwóch miejscach wsuwając palce u nóg pod udo Longbottoma. Oparłam się o ściankę koło odsuwanych drzwi.
Zawsze były naprzeciwko nas jeszcze trzy miejsca. Miałam jednak nadzieję, że nikt nam się nie dosiądzie. Nadzieja matką głupich.
Godzinę po ruszeniu drzwi otworzyły się w akompaniamencie trzech niskich śmiechów. Starałam się nawet nie reagować z początku.
-Czytacie książki pisane przez szlamy? Urocze - usłyszałam prześmiewczy głos jednego z nich i dłoń drugiego z nich zabrała mi książkę z rąk. Zacisnęłam zęby i spojrzałam na nich z mordem w oczach.
-Co tam skarbie? - spytał Malfoy z cukierkowym uśmiechem. Za nim stał Zabini z moją książką w ręku. Trzymał ją za przednią okładkę. Widziałam wylatujące z niej dwa zasuszone kłosy lawendy. Zdawał się tego nawet nie zauważać.
-Czego chcecie? - odparłam spokojnym tonem zaciskając jedną z dłoni na łydce opatrzonej w różdżkę.
-Emmie, przecież tak dawno się nie widzieliśmy. Nie tęskniłaś? - spytał Blaise siadając ostentacyjnie na siedzeniu naprzeciwko mnie. Zsunęłam nogi w dół. Malfoy stanął tuż koło niego, a Flint stał w drzwiach, gdybyśmy tylko pomyśleli, że chcemy wyjść czy uciec.
-Neville, jak tam u twoich rodziców? - spytał błyskotliwie Malfoy. Wstałam i złapałam Malfoya za przód koszuli. Byłam zła, nie myślałam logicznie. Usłyszałam trzask spowodowany oderwaniem jednego z guzików w jego idealnej koszuli.
-Wyjdź stąd, bo nie ręczę za siebie - wymamrotałam wciskając koniec mojej różdżki w jego szyję. Nie było ważne to, że byłam od niego pół głowy niższa. Zacisnęłam zęby, a ten spojrzał na mnie tylko spod byka z szelmowskim uśmieszkiem machając rękami na chłopaków, żeby nie wstawali. Zabini już się wyrywał z miejsca ściskając różdżkę.
-Oh, czyżby tchórzliwy Longbottom wreszcie się obudził- zaśmiał się Flint od strony drzwi. Nie chciałam spuszczać wzroku z Draco, ale widziałam poruszenie na twarzy Zabiniego. Malfoy zmarszczył brwi.
-Zbieramy się stąd, skoro nas tak bardzo nie chcą - mruknął z jadem w głosie tleniony. Odsunęłam różdżkę od jego gardła, ale dalej trzymałam ją w dłoni i mierzyłam ku nim. Flint pierwszy wyszedł, za nim ruszył Draco z niepysznym wyrazem twarzy.
Blaise nie patrzył ani na mnie, ani na Longbottoma. Wychodząc podniósł z podłogi lawendę i odwrócił się. Wystawił dłoń w moją stronę. Zabrałam ją patrząc mu cały czas kryjąc zaskoczenie w oczy. Ciemne tęczówki wyrażały złość, niezrozumienie, ale też lekką skruchę? To był moment, do którego miałam wracać bardzo wiele razy tak bardzo go nie rozumiejąc przez niesamowicie długi czas. Zmarszczyłam brwi i opadłam na siedzenia za mną. Spojrzałam na Neville'a, który też rozglądał się spłoszonym wzrokiem. Nie miał pojęcia co właśnie się stało.
Machnęłam niepewnie ręką i ułożyłam się ponownie na dwóch siedzeniach. Chciałam sięgnąć po książkę, ale magicznie zniknęła.
-Nev, widziałeś Baśniarza? - spytałam, a ten spojrzał na mnie i zaprzeczył ruchem głowy.
-Zabini miał go w dłoni. Tyle go widziałem - mruknął i uchylił mocniej okno. Zmarszczyłam ponownie brwi.
-Chyba pójdę spać - wymamrotałam tępo patrząc za okno. Chłopak kiwnął głową i wrócił niepewnym wzrokiem do swojej książki. Zasnęłam strasznie szybko targana dziwnym niepokojem.
Obudziło mnie lekkie szturchanie w ramię i zielone oczy wpatrzone prosto w moje.
-Zaraz będziemy w Hogwarcie - stwierdził Longbottom wisząc nade mną. Kiwnęłam głową lekko i usiadłam na siedzeniu. Wyprostowałam szatę na mnie.
-Nie mogę się doczekać spotkania Hagridem - stwierdziłam pakując gałązki lawendy do kieszeni szaty. Longbottom zasunął okno, już z przyzwyczajenia przy wjeżdżaniu na stację.
-Ja z profesor Sprout. Sama wiesz jak lubię jej zajęcia - odparł wesoło, a ja kiwnęłam głową. Jeszcze moment siadłam na kanapie. Pociąg zaczął powoli się zatrzymywać. Słychać było tylko pisk kół.
Położyłam dłonie na kolanach i ze niecierpliwością zaczęłam stukać  paznokciami o uda. Usłyszeliśmy poruszenie w całym pociągu tuż po wyhamowaniu.
Wstałam i zsunęłam swój kufer z półki nade mną. Wyciągnęłam go na zatłoczony korytarz i poczekałam na Longbottoma dopiero blisko wyjścia z pojazdu.
-Którą dorożką jedziemy? - spytał Neville stając koło mnie. Wzruszyłam ramionami i poszłam do pierwszej niezapełnionej jeszcze przez uczniów. Uśmiechnęłam się delikatnie na widok Testreli.
Dosiadło się do nas trzech Puchonów i jakąś zagubiona Krukonka. Ruszyliśmy w stronę Hogwartu.
Gdy tylko zobaczyłam tak dobrze znajome mi Wieże szkoły, to na mojej twarzy pojawił się ogromny uśmiech. Czułam, że mimo braku Rasmusa i bliźniaków dam sobie radę.
~~~
Wracam z kolejnym rozdziałem. Pozdrawiam i zapraszam do komentowania.

niedziela, 12 sierpnia 2018

Rozdział 5

George uderzył w kolorową deskę małym zielonym młotkiem i z niej zaczęły się wydobywać czerwone iskierki. Zaczęły zamieniać się w krótkie słowo, ale bardzo rozmazane. Zsunęłam nogi z łóżka i nachyliłam się w tamtym kierunku, by móc przeczytać je.
-Pierdy? - spytałam tuż po tym jak przeliterowane głoski w głowie ułożyły mi się w słowo. Moment potem usłyszałam trzy gromkie męskie śmiechy. Spojrzałam na nich lekko zdziwiona, potem moja twarz ułożyła się w zażenowanie ich żartem. Mają po siedemnaście lat i dalej są tak bardzo niedojrzali. Czemu właśnie za to tak bardzo ich kochałam?
-Gdybyś tylko widziała teraz swoją minę - powiedział rozbawiony Ras. George i Fred przybili sobie piątki i śmiali się dalej trzymając się za brzuchy.
-Z wami zawsze było coś nie tak - stwierdziłam zakładając dłonie na piersi i kiwając głową z politowaniem. Zwróciłam głowę w stronę okna i udawałam bardzo obrażoną. Śmiechy ustały, a ja tylko czekałam na jakiś kolejny głupi pomysł, aby mnie rozśmieszyć.
Łóżko lekko się uchyliło i skrzypieniem zasygnalizowało, że któryś z nich siadł za mną. Poczułam czyjeś dłonie na żebrach, a potem moje plecy dotknęły męskiej klatki piersiowej. Dłonie splotły się na moim brzuchu.
-Nie obrażaj się Clemmy - powiedział rozbawiony Fred. Pokiwałam ponownie głową z politowaniem. Wcale nie byłam na nich zła, chciałam po prostu zobaczyć co zrobią. Zapamiętać ich jak najlepiej potrafię. Nie zauważyłam problemu w tym myśleniu. Już zapamiętałam ich najlepiej jak się dało.
-OBIAD - rozległ się potężny głos z dołu. George i Ras od razu ruszyli na dół, żeby zjeść obiad. Fred zsunął ze mnie swoje dłonie i wstał z łóżka. Odwrócił się w moją stronę i wyciągnął dłoń w moją stronę. Zwróciłam wzrok w jego stronę i ujrzałam śliczny uśmiech, ale nie to tworzyło Freda Weasleya, którego znam. To ta radość w czekoladowych oczach i wiecznie rozwichrzone rude włosy. Tak, zdecydowanie to tworzyło jednego z najlepszych ludzi, jakich dane mi było poznać.
Ujęłam jego dłoń i także wstałam z łóżka. Ruszyliśmy spokojnie na dół wiedzeni pięknym zapachem świeżo wyciągniętej z piekarnika pieczeni. Weszliśmy do salonu, gdzie stał suto zastawiony stół. W Norze niby nigdy nic nie było, ale z drugiej strony niczego nie brakowało. Każdy mógł znaleźć dla siebie to czego potrzebował.
Usiadłam koło Rasmusa, na naszych przechodnich krzesłach, które dostawiali, gdy mieli więcej gości. Nikt jednak nie czuł się gorzej przez to, gdyż atmosfera była iście rodzinna, nawet jeśli siedziało się tutaj po raz pierwszy.
-Clementine, masz dla mnie coś nowego ze świata mugoli? - spytał Arthur z wielkim uśmiechem na twarzy. Kochał nowinki ze świata niemagicznych. Uwielbiałam o nich opowiadać, bo tylko on potrafił się tak ekscytować tosterem czy pralką, mimo że już nie pracował dla wydziału związanego z nimi.
-Nie wiem czy to znasz, ale zazwyczaj jest zrobione z plastiku, jak wszystko u mugoli. Mieści się w dłoni i ma dwa wywietrzniki, jednym zasysa powietrze, drugim je wypuszcza. Ale to wypuszczone jest ocieplane przez żarniki znajdujące się w środku. Używają tego do suszenia włosów - powiedziałam spokojnie, a ten patrzył na mnie rozanielony. Za każdym razem czułam wielką satysfakcję, kiedy tylko udało mi się trafić na coś czego nie zna.
-To zwykła suszarka - mruknął pod nosem Potter tak opryskliwym tonem, że aż przy stole zapadła cisza, a ja spojrzałam na niego z rządzą mordu w oczach. Zagryzłam mocno dolną wargę, żeby mu nic nie wygarnąć. Żeby znowu się nie pokłócić o kolejne gówno. Starałam się nie hiperwentylować, ale czułam, że w momencie, gdy poczuję krew z wargi w ustach wybuchnę.
-Suszarka czy nie, nie słyszałem jeszcze o tym. Dziękuję - powiedział Arthur wesołym tonem patrząc na mnie. Zamknęłam oczy i zwróciłam wzrok w stronę Arthura. Otwierając oczy przybrałam ładny i kulturalny uśmiech na twarzy.
-Nie ma problemu. Obiecuję, że następnym razem będzie coś ciekawszego - odparłam coraz bardziej spokojnym tonem głosu. Nie chciałam psuć tego nastroju. Szczególnie w Norze. Tutaj nie powinno być złych emocji, prócz krzyku na bliźniaków, gdy robią głupie rzeczy.
-Smacznego - powiedziała Molly i wszyscy zaczęli jeść obiad. Nikt nie zdawał się przejmować moją konwersacją z Potterem. A przynajmniej tak się zachowywali.
~~~
Usiadłam na kanapie koło Rasmusa ze sporym uśmiechem na twarzy. Salon był prawie pusty, nie licząc bliźniaków rozwalonych po fotelach. Czyli w sumie dosyć normalny widok, jeśli chodzi o ten dom. Na razie cieszyłam się tylko, że szanowny Wybraniec nie raczył zejść z góry od Rona i Hermiony, która też przyjechała niedawno.
-Wczoraj dzwonił do mnie któryś z tych ważniejszych aurorów z Ministerstwa. Chcieli znowu coś zamówić, tylko tym razem na specjalne zamówienie. Z rozmiarami i tak dalej - mruknął Ras kładąc głowę na moich udach.
-Ten z tą zabawną czapką?
-Ten z długą brodą?
-To musiał być ten z nosem jak kartofel.
-Przez telefon nie widziałem jak wygląda - mruknął Ras krążąc wzrokiem między bliźniakami. Ci kiwnęli sensownie głowami.
-Znowu kapelusze czy tym razem coś innego? - spytałam wsuwając palce w ciemne włosy Rasmusa. Ten pokiwał twierdząco głową. Coraz częściej zdarzało się Ministerstwu coś kupować ze sklepu chłopaków, co napawało wszystkich, którzy w nich wierzyli dumą. Uśmiechnęłam się i spojrzałam na chłopaków. Mimo dosyć poważnych, czy też znudzonych min widziałam iskierki radości w ich oczach. Sami z siebie też byli dumni, ale mimo pozorów nie chwalili się tym. Zostawali skromni.
-Masz już wszystko na szósty rok? - spytał George przekładając między palcami jakiś kolorowy patyczek. Wyglądał podobnie do tej deseczki sprzed obiadu.
-Większość tak. Kilka podręczników jeszcze mi zostało do kupienia, ale skoro Ras już nie idzie do Hogwartu to mam dwa razy więcej szat z godłem Gryffindoru - powiedziałam z uśmiechem na twarzy. George pokiwał głową z lekkim politowaniem.
-Utoniesz w jego szatach - zaśmiał się Fred, a ja spojrzałam na niego z lekkim zawodem na twarzy. Na moment przestałam przesuwać palcami włosy Rasmusa.
-Sugerujesz, że jestem niska? - spytałam udając dogłębne zdruzgotanie. Uniosłam dłonie w górę. - Zdecydowanie nie chcę się tak bawić - dodałam opadając na oparcie kanapy tuż za mną. Bliźniacy w tym samym momencie pokiwali głowami z wielkim politowaniem. Poczułam okrutnie zimny powiew powietrza z ich strony.
-Clemmy, ty niska? - spytał sarkastycznie Fred. Zsunęłam z siebie głowę Rasmusa i wstałam z kanapy.
-Czuję, że powinnam już iść - mruknęłam, a ci zaczęli się śmiać. Uśmiechnęłam się do nich z rękami założonymi na piersi.
~~~
Wrzuciłam ostatnie ciuchy do kufra, żeby tylko zdążyć przed transportem na King's Cross. Że też dzisiaj i tata, i Rasmus musieli pracować. Westchnęłam głęboko i zaczęłam zsuwać kufer na dół do przedpokoju.
Szybko pobiegłam na górę i przeglądnęłam stertę ciuchów leżących na łóżku w poszukiwaniu czegoć, czego zdecydowanie mogłam zapomnieć. Zeszłam szybko na dół nie znajdując niczego takiego.
Weszłam do kuchni i wrzuciłam butelkę wody do małego plecaka. Spojrzałam na godzinę i stwierdziłam, że miałam zdecydowanie za mało czasu. Ruszyłam do przedpokoju. Gdy kończyłam sznurować buty, rozległo się pukanie do drzwi.
Jeśli przez tego kogoś spóźnię się na Hogwart Express to nie ręczę za siebie.
Uchyliłam drzwi i ujrzałam wysokiego rudzielca, który patrzył na mnie rozbawionymi brązowymi oczami.
-Ras prosił, żeby cię podwieźć, bo sam nie miał jak - stwierdził Fred stojąc na progu. Przytuliłam go w geście wdzięczności.
-Spadłeś mi z nieba - wymamrotałam w jego klatkę piersiową. Weasley zaczął się śmiać i jak tylko odsunęłam się od niego, ujął mój kufer i dotargał go do niebieskiego Forda Anglii.
Kilka lat wcześniej taki sam samochód wylądował w Bijącej Wierzbie w Hogwarcie kierowany przez Rona i Pottera. Do tej pory przechodzą mnie ciarki, jak tylko przypomnę sobie o Wyjcu dla Rona od Molly.
Fred wrzucił kufer na tył samochodu i oboje usiedliśmy z przodu.
-Gotowa? - spytał patrząc na mnie. Ja tylko kiwnęłam z przejęciem głową. Wzbiliśmy się w powietrze, a jedyne o czym byłam w stanie myśleć to to, że wracam tam gdzie moje miejsce.
Gdzie znowu będę musiała użerać się z samozwańczymi Wybrańcami i okrutnymi czystokrwistymi idiotami.
Szczerze? Przestało mi to przeszkadzać, narazie byłam tylko gotowa na wszelkie przygody, jakie szykuje mi ten rok.
~~~
Trochę mnie nie było, ale wracam z nowym rozdziałem. Dlatego pozdrawiam i zapraszam do komentowania.

środa, 1 sierpnia 2018

Rozdział 4

Oparłam się o ścianę za zagłówkiem łóżka.
-Myśleliście o powrocie do Hogwartu? Na skończenie tego ostatniego roku? - spytałam splatając swoje dłonie razem. Ten spojrzał na mnie siadając wygodniej na łóżku.
-Chyba nie będziemy wracać. Dobrze nam idzie w sklepie. Nie potrzeba do tego owutemów. Dajemy sobie radę - powiedział racjonalnie i uśmiechnął się lekko. Kiwnęłam głową ze zrozumieniem.
Miałam nadzieję, że uda mi się na nie namówić Rasmusa, bo tylko to mu zostało, a miałby cokolwiek. Nie żebym nie wierzyła w sklep, ale zawsze lepiej mieć jakiś plan zastępczy. Do pokoju wszedł Rasmus.
-George rozmawia z tatą o Mistrzostwach Quidditcha - powiedział ze śmiechem i rzucił się na łóżko koło mnie. Pokiwałam głowa z politowaniem. Doskonale wiedziałam, że tata mógłby mówić o tym cały czas. Nie wyobrażał sobie życia bez Quidditcha. Jednak kontuzja nogi go odsunęła od bycia zawodowym graczem.
-Nieprędko ich zobaczymy - przyznał Fred i usiadł po turecku na łóżku. Spojrzałam na nich i lekko posmutniałam.
-Chłopaki? Właśnie zrozumiałam, że za tydzień czeka mnie długa, prawie samotna droga do Hogwartu i nudny rok, bo was w nim nie będzie - mruknęłam patrząc na nich. Ras uśmiechnął się lekko i ujął moją dłoń.
-Clemmy, nie martw się tym. Przynajmniej przez nas tym razem nie wpadniesz w żadne kłopoty - odparł spokojnie Fred.
Spojrzałam na Rasmusa z bladym uśmiechem. Fred położył dłoń na moim kolanie i pogładził je lekko. Bardzo często zdarzało mu się to robić, gdy zdarzyło się coś złego. Nie ważne czy mi, czy jemu.
-Poza tym, przyjdę do Hogwartu, żeby pisać Owutemy pod koniec roku, więc wtedy na pewno cię pomęczę - stwierdził, a kamień spadł z mojego serca. Miałam wrażenie, że był taki ciężki, że połowa sąsiadów to słyszała.
-Nawe nie wiesz jak się cieszę - przyznałam wesoło. Ten zaśmiał się radośnie. Widziałam szczęście w oczach obojga chłopaków.
~~~
Uchyliłam powieki, gdyż masochistyczne słońce nie dawało mi normalnie spać. Ziewnęłam i spojrzałam na zegarek. Wskazywał kilka minut po dziewiątej.
Taty już zapewne nie było w domu, a Rasmus to zależy czy zaspał, czy nie. To było możliwe, skoro wczoraj rozmawialiśmy o wszelkich możliwych bzdurach do trzeciej w nocy. Dopiero wtedy bliźniacy opuścili nasz dom, po kilku dobrych minutach odmawiania na nasze zaproszenia do spania.
Dla nich zawsze znalazłoby się miejsce. Tak jak dla Neville'a. Byli jak druga rodzina. Może nawet lepiej, bo oni zostali wybrani w pewien sposób, a na członków rodziny nie masz takiego wpływu.
Wstałam z łóżka i ruszyłam na obchód sypialni zakładając w międzyczasie szlafrok w jednorożce. Z pokoju Rasmusa dalej słyszałam ciche chrapanie. Weszłam do środka i podeszłam do śpiącego brata. Położyłam dłoń na jego policzku.
-Ras, jest po dziewiątej - mruknęłam cicho, a on w momencie otworzył oczy. Zaczął się w pośpiechu zbierać przeklinając mocno pod nosem. Zeszłam na dół i zaczęłam robić dwie kawy. Przygotowałam Rasmusowi kanapki do pracy i postawiłam talerz kilku wolnych na stole. Ras wbiegł do kuchni w momencie, gdy stawiałam kubki z kawą na blacie.
-Emms, nawet nie wiesz jak ci dziękuję, że mnie obudziłaś - powiedział zdyszany. Uśmiechnęłam się do niego siadając przy stole.
-Zjedz śniadanie. I tak już jesteś spóźniony, a kawa przynajmniej postawi cię na nogi - odparłam wesoło. Ras usiadł na przeciwko mnie przy stole i z uśmiechem łyknął kawy. Zaczął powoli przeżuwać kanapkę.
-George mówił, że Molly zaprasza nas na obiad dzisiaj. Uda ci się jakoś tam przetransportować? - spytał z ustami pełnymi kanapki. Spojrzałam na niego podejrzliwie marszcząc brwi.
-Będzie Złote Dziecko? - odparłam pytaniem na pytanie ujmując w dłoń kubek kawy. Ten kiwnął twierdząco głową, a ja westchnęłam głęboko. Bardzo nie chciałam go spotkać. Wcale mi się już nie spieszyło do Molly i jej pysznego jedzenia. Do tej cudownej atmosfery. WCALE!
-Wyślę się siecią Fiuu - mruknęłam, a Ras z uśmiechem wstał i pocałował mnie w czoło. Dojadł szybko kanapkę i zaczął pakować drugą do torby.
-Jesteś cudowna, widzimy się koło trzeciej - odparł i pognał do drzwi zanim zdążyłam zmienić zdanie na temat dzisiejszego obiadu.
Twarz schowałam w dłoniach w idealnym momencie, gdy Ras trzaskał drzwiami wejściowymi.
Jak ja tam przeżyję?
~~~
Ścisnęłam mocno proszek Fiuu w dłoni wchodząc do kominka. W drugiej znajdowała się butelka Kremowego Piwa. Dawno się nie widzieliśmy, więc stwierdziłam, że wypada z czymś przyjść.
Sypnęłam proszkiem pod siebie i poczułam pociągnięcie w okolicach pępka mamrocząc 'Nora' pod nosem. Wylądowałam w salonie w Norze. Rozglądnęłam się po lekko zagraconym pomieszczeniu z kocem na kanapie. Na niej wylegiwał się czarnowłosy chłopak z nosem w książce. Uniósł swoje zielone oczy na moją osobę, która dopiero co pojawiła się w Norze.
-Myślałem, że to ktoś ciekawy - mruknął Potter i wrócił wzrokiem do książki. Machnęłam dłonią na to co powiedział i wyszłam z kominka.
-Gdzie jest Molly? - spytałam przekładając butelkę z prawej ręki do lewej, by otrzepać z siebie popiół z kominka.
-W kuchni - odparł Potter, a ja ruszyłam do kuchni.
Weszłam do środka kuchni najciszej jak potrafiłam. Molly podśpiewywała jakąś kołysankę magiczną. Podeszłam do niej i objęłam ją mocno. Ta podskoczyła trochę zaskoczona i szybko spojrzała przez ramię.
-Clementine - powiedziała bardzo wesołym tonem. Przytuliła mnie mocno do siebie. Dalej mocno ściskałam w prawej dłoni Kremowe Piwo.
-Witaj Molly - odparłam równie radośnie wtulając się w nią. Odsunęła mnie od siebie na długość ramion. Jej uśmiech był tak zaraźliwy, że w momencie zaczęły mnie boleć policzki.
-Jak ty wypiękniałaś - stwierdziła radośnie, a ja pokiwałam głową z politowaniem. Podstawiłam jej butelkę pod nos.
-Stwierdziłam, że nie przyjdę z pustymi rękami, a tylko to miałam - zaśmiałam się, a ta odebrała prezent ze wzrokiem, że wcale nie musiałam nic przynosić.
-Chłopaki są u siebie, a obiad będzie za pół godziny - powiedziała wesoło. Kiwnęłam głową i z uśmiechem ruszyłam na górę po schodach do pokoju z Gred & Forge na drzwiach. Zapukałam do nich lekko i chwyciłam za klamkę.
Usłyszałam szybkie zbieranie kilku rzeczy i rzucanie ich po pokoju. Weszłam do środka z wielkim uśmiechem na twarzy.
-To ty Clemmy - odetchnął Fred, a George zaczął się śmiać. Wesoło rzuciłam się na jedno z łóżek. Znowu zaczęli wyjmować porzucone gdzieś w pośpiechu narzędzia.
-Myśleliśmy, że to mama - stwierdził George podnosząc z podłogi kilka butelek z dziwnymi płynami. Kiwnęłam głową, a drzwi znowu otworzyły się na oścież. Przeszedł przez nie mój starszy brat i uśmiechnął się do mnie wesoło.
-Wiedziałem, że to Piwo Kremowe na dole w kuchni samo nie przyszło - zaśmiał się wesoło Ras. Uśmiechnęłam się do niego, a on rzucił się na drugie łóżko i zgarnął książkę z mojego. Otworzył ją na jednej ze stron.
Rozejrzałam się i ujrzałam trzy pięknie uśmiechnięte twarze. Naprawdę mocno chciałam to wszystko zapamiętać na cały rok szkolny, kiedy ich nie będę widzieć. Moja twarz od razu rozświetliła się uśmiechem.
~~~
Trochę trzeba było na to czekać, ale mocno w rozjazdach byłam. Jeszcze na PolandRock jadę i chciałam wrzucić rozdział. Dlatego pozdrawiam i zapraszam do komentowania.

wtorek, 17 lipca 2018

Rozdział 3

Weszłam do pustego domu i rzuciłam klucze do miski w przedpokoju. Moje nogi poprowadziły mnie prosto do kuchni. Nalałam sobie zimnego soku pomarańczowego znalezionego w lodówce. Postawiłam zapakowany talerz z klopsikami na stole. Ten dzień, mimo wczesnej pory jaką była czwarta po południu, był bardziej wyczerpujący, niż cały ostatni tydzień.
Dalej myślałam czy mówić o wszystkim tacie, który miał wrócić za niedługo. Upiłam łyka ze szklanki i patrząc w okno ostatecznie stwierdziłam, że jednak nie powinien o niczym wiedzieć. Nie chciałam go niczym martwić.
Rozdzieliłam klopsiki z talerza na dwa oddzielne i wsadziłam jeden z nich do lodówki. Nie wiedziałam, o której Rasmus ma zamiar wrócić. Ostatnio wracał coraz później, przez co bardzo rzadko go widziałam. Dalej emanował swoimi zielonymi oczami pełnymi samej pozytywnej energii. Jego kasztanowe włosy zawsze były ładnie zaczesane na jedną, albo na drugą stronę. W pracy wyglądał profesjonalnie ubrany w koszule, które lekko go opinały, ale nie były ciasne. Wiedział co robi, wiedział, że to jest jego miejsce. Jednak pojawiały się pod jego oczami coraz ciemniejsze pola, zwiastujące wstawanie bardzo wcześnie i kładzenie się bardzo późno.
Starałam się wyręczać go w czym się dało w domu. Zresztą i tak musiałam to robić. Sprzątać, gotować, zajmować się domem, gdy tylko miałam okazję, albo nie byłam w Hogwarcie.
O dzieciach, które tracą rodziców w bardzo młodym wieku mówi się, że muszą szybko dorosnąć. Dokładnie tak było z nami. Dzieciństwo wspominam niesamowicie, często gdzieś jeździliśmy, nigdy się nie nudziliśmy z tatą, ale od małego uczył nas zajmować się samymi sobą. Zabierał nas w delegacje, a my dawaliśmy sobie radę. Dlatego właśnie, jak tata dowiedział się, że Ras zakłada sklep z Weasleyami uśmiechnął się tylko i życzył im połamania nóg na tym polu. I im się udało, mieli zamówienia z całego świata magicznego. Niektóre rzeczy nawet Ministerstwo Magii od nich kupowało, co uznawali za wielki sukces, jak na takie małe i młode przedsiębiorstwo.
Na podjazd wjechało auto taty, a ja zaczęłam podgrzewać mu obiad. Drzwi otworzyły się z lekkim szczękiem kluczy w zamku. Upiłam jeszcze soku wpatrując się w okno. Do kuchni wszedł mężczyzna z krótką ciemną brodą z siwymi prześwitami, podobnymi włosami na głowie i z wielkim, zmęczonym uśmiechem na twarzy.
-Klopsiki? - spytał wdychając powietrze w kuchni do płuc. Uśmiechnęłam się wesoło kiwając głową, a ten pocałował mnie w czoło.
-Świeżo robione przez ciocię Augustę - odparłam siadając na krześle przystawionym do blatu. Ten zaśmiał się wesoło kładąc teczkę na stole w kuchni.
-Musimy się do niej wybrać. Tak o nas dba - powiedział radośnie i dopił mój sok ze szklanki stojącej koło mnie. Pokiwałam głową z politowaniem.
Wyciągnęłam ciepły obiad i postawiłam przed tatą, który ulokował się przy stole. Skinął głową w geście podziękowania.
-Coś nowego w pracy? - spytałam ponownie nalewając sobie zimnego soku do szklanki. Ten wziął kęs jedzenia i jego twarz rozjaśniła się jak w ekstazie. Pokiwałam z politowaniem głową ponownie w ciągu ostatnich kilku minut.
Uwielbiałam słuchać o ciekawych, chociaż zazwyczaj głupich historiach z Ministerstwa. Tuż po tym jak Arthur Weasley został przeniesiony na szefa Biura Wykrywania i Konfiskaty Fałszywych Zaklęć Obronnych i Środków Ochrony Osobistej, czego nawet w skrócie nie da się zapamiętać, mój tata będący wówczas szefem tego biura przeszedł do Urzędu Niewłaściwego Użycia Czarów, gdzie stanął jako prawica tamtejszego szefa. Mieli tak wiele przypadków nieprawidłowego użycia magii, szczególnie przez niepełnoletnich jeszcze czarodziejów, że zawsze potrafił zaskoczyć mnie nową historią.
Bliźniaki często mówili, że to co robią nasi ojcowie to najnudniejsza praca w całym Magicznym Świecie. Z naszej czwórki tylko ja się z tym nie zgadzałam, ale nie wiem czy faktycznie bym tam wytrzymała wśród wszechogarniającej monotonii, mimo wielu zgłoszeń. do tej pory podejrzewam, że wiele z tych historii tata zmyśla, tylko żeby mnie rozbawić i trochę wynagrodzić siedzenie samej w domu.
-Twój kolega z domu, Harry Potter, dzisiaj użył Patronusa na oczach jakiegoś mugola. Nie wiem, uczą was w szkole, że nie powinno się używać zaklęć koło osób niemagicznych? Bo to już któryś jego wyskok - powiedział pakując sobie do ust klopsiki. Zaśmiałam się wesoło.
Prawdą było, że szczerze nie przepadałam za Potterem, odkąd na pierwszym roku pokłóciliśmy się o to, które z nas powinno pomóc Hagridowi po zajęciach z Opieki nad Magicznymi Zwierzętami. Brzmi kretyńsko, tak też było, jednak kiedy kłótnia wyewoluowała w listę typu 'KTO MA GORZEJ' razem z ciągnięciem mnie za włosy i zabieraniem okularów Potterowi,  oboje zostaliśmy zaprowadzeni do McGonagall. Wymuszone przeprosiny obu stron wystarczyły, żeby zmiękczyć jej serce. Od tamtej pory ledwo ze sobą rozmawiamy. Nawet przy spotkaniach u Weasleyów widać dystans między nami.
-Wiesz, uczą nas, jak najbardziej, ale Wybrańcy chyba temu nie podlegają - mruknęłam z lekkim niesmakiem i upiłam łyka soku pomarańczowego. Ten uśmiechnął się z pełnymi ustami. Tata znał moje nastawienie do Pottera, może nie zgadzał się z nim całkowicie, ale zdecydowanie uważał, że za dużo mu odpuszczają. Sam przyznawał, że w takich momentach przypominał mu się Neville, który wcale lepiej nie miał, a nie był za to jakoś specjalnie faworyzowany.
Jako jego samozwańczy ojciec zawsze uważał tę sprawę za bardzo niesprawiedliwą wobec Longbottoma, co zdarzało mu się nadmieniać w rozmowach. Czułam, że mimo udawanej złości Longbottoma przy tego typu okazjach, to jednak czuł się dobrze przez tego typu rzeczy. Czuł się trochę doceniony, mimo gnojenia przez Ślizgońskich półgłówków.
Drzwi domu otwarły się, a do środka wpłynęło trzech rosłych mężczyzn śmiejących się wesoło. Wpadli do kuchni. Fred i George podali dłonie mojemu tacie na powitanie.
-Smacznego - powiedział George siadając na jednym z krzeseł przy stole. Tata kiwnął głową w geście podziękowania.
-Jesteście bardzo głodni? - spytałam spokojnie błądząc wzrokiem między chłopakami. Ci spojrzeli po sobie i wzruszyli razem ramionami. Westchnęłam, to była żadna odpowiedź, więc wstałam i spojrzałam do lodówki.
-Dzisiaj nic nie rób, już się namęczyłaś dość - mruknął Ras odsuwając mnie od lodówki. Moje oczy w momencie rozszerzyły się do wielkości piłek pingpongowych.
-Coś się stało? - spytał lekko zdziwiony tato. Spojrzałam błagalnie na Rasmusa. Ten zmarszczył brwi, ale wysunął głowę zza drzwi maszyny. Ras nie rozumiał, czemu miałabym nie mówić o dzisiejszym wydarzeniu tacie. A może wiedział, ale nie chciał tego przyznać?
-Emms pomagała nam dzisiaj przy rozkładaniu towaru na półki - odparł z uśmiechem, a mi spadł kamień z serca. Uśmiechnęłam się do taty.
-Lecę na górę, skoro mnie nie potrzebujecie - powiedziałam wesoło i z ogólną aprobatą ruszyłam po schodach na górę. Gdy tylko zniknęłam im z pola widzenia z moich ust zszedł uśmiech.
Wsunęłam się do swojego pokoju. Białe ściany były upstrzone rysunkami własnej produkcji, kilkoma plakatami Fatalnych Jędz i innych takich zespołów. Po podłodze walały się niedoczytane książki oraz masa ciuchów, które co rano przerzucałam, żeby coś na siebie ubrać. Teraz wrzuciłam je do szafy, żeby się o nie nie zabić i położyłam się na ciemnej pościeli. Spojrzałam na biały sufit z przyklejonymi do niego fluorescencyjnymi gwiazdkami. Nie były ściągane odkąd mama mi je tam przykleiła tuż przed moimi narodzinami.
Usłyszałam pukanie do drzwi.
-Proszę - mruknęłam spokojnie i usiadłam na łóżku. Do środka zajrzała ryżawa głowa Freda. Zmarszczyłam na moment brwi, po czym zsunęłam nogi z łóżka. Ten wszedł do środka i przymknął za sobą drzwi dalej będąc w ich pobliżu.
-Wszystko w porządku? - spytał spokojnym głosem. Westchnęłam lekko wzruszając ramionami. Fred wszedł głębiej do mojego pokoju i usiadł na moim łóżku. - Wiem, że chodzi o Śmierciożercę, czyli najgorszy sort ludzi w całym Świecie Magicznym i że niewiele mógłbym zrobić, ale jeśli tylko będziesz chciała o czymś porozmawiać to pamiętaj, że jest jeszcze taki jeden, co na co dzień robi żarty i sprzedaje we własnym sklepie wszelkie pierdoły, ale z chęcią posłucha i pomoże, jeśli tylko będzie mógł - dodał, a przy każdym słowie na moją twarz wpływał stopniowo coraz to większy uśmiech. Zaśmiałam się lekko i pokręciłam z politowaniem głową.
-Doskonale o tym wiem, ale mimo to bardzo ci dziękuję - odparłam z wdzięcznością. Ten uśmiechnął się promiennie i pogładził mnie po ramieniu.
-W końcu jesteśmy prawie jak rodzina, prawda?
-Prawda.
~~~
Oj, trochę mnie nie było. Musiałam dużo rzeczy ogarnąć, dlatego to tak długo trwało. Mam nadzieję, że bardzo nie zawiodłam takim przegadanym rozdziałem, ale uznałam, że musicie się czegoś dowiedzieć o rodzinie, kilku kontaktach i tak dalej. Pozdrawiam i zapraszam do komentowania.

poniedziałek, 25 czerwca 2018

Rozdział 2

Na schodach rozległy się ciężkie kroki. Do pokoju wsunęła się niska kobieta w zielonej sukience z ciemnym kapeluszem. Na jej twarzy pokrytej głębokimi zmarszczkami, malował się niepokój. Zwróciłam wzrok z okna na Augustę Longbottom. Przetarłam twarz rękawem swetra i uśmiechnęłam się lekko do kobiety.
-Nic wam nie jest? - spytała z przejęciem podchodząc do chłopaka i kładąc dłonie na jego ramionach. Jej oczy wędrowały między mną, a Nevillem. Zaprzeczyłam ruchem głowy.
-Wszystko w porządku. Zdążyliśmy się schować i po prostu wyszli. Nic się nie stało wielkiego - stwierdziłam z bladym uśmiechem. Ta kiwnęła głową i odsunęła się od wnuka trochę mi niedowierzając. Czułam, że po prostu chciała mi wierzyć. To było dla niej w tym momencie ważniejsze. Wygodniejsze. - Mam pytanie ciociu, czy to byłby problem jakbym na moment wpadła do Rasmusa? - spytałam patrząc na nią wielkimi oczami. Takiego efektu oczekiwałam. Ta westchnęła ciężko. Widać było, że nie chciała mnie stąd wypuścić. Że wolała, żebym została w bezpieczniejszym miejscu, a nie łaziła po Pokątnej, tuż koło Nokturnu.
-Oczywiście, nie trzymam cię tu Clementine. Tylko przyjdź na obiad. Zaproś też Rasmusa. Dawno go nie widziałam - powiedziała, a z każdym kolejnym słowem trochę się rozchmurzała. - Powiedz mu, że będę robić jego ulubione klopsiki - dodała już z wesołym wyrazem twarzy. Kiwnęłam głową przybierając na twarz uśmiech.
-Teraz to na pewno praca w biurze będzie musiała poczekać - powiedziałam z lekkim śmiechem. Ta kiwnęła radośnie głową i znikła w drzwiach drepcząc powoli na dół. Zwróciłam wzrok na Neville'a. Widziałam na jego twarzy niepokój. Podeszłam do niego i ujęłam lekko jego dłoń.
Nie powinnam była go w nic takiego wplątywać. Nawet jeśli Barty nie zrobił nic mi, to nie mam pewności, że inni będą to respektować i jakkolwiek ujdziemy z życiem. Wszystko się wyklaruje z czasem. Na razie musiałam znaleźć się blisko Rasmusa, wszystko mu powiedzieć i mieć nadzieję, że nie zdenerwuje się za bardzo.
-Wiem o czym myślisz, ale nie jedziemy tam autobusem. Proszek Fiuu załatwi sprawę - mruknął Neville i łapiąc mnie za dłoń ruszył na dół. Nie dał mi nawet dojść do głosu, chociaż wcale nie chciałam jechać autobusem do Dziurawego Kotła.
Chyba.
No dobrze, przyznaję, chciałam jak najbardziej tam w ten sposób się dostać. Czemu? Bo to ryzykowne, ciekawe. A może po prostu chciałam zobaczyć co jeszcze Śmierciożercy zniszczyli, kogo zaszczuli jak psa. Chciałam mieć więcej powodów do nienawidzenia ich. Byłoby mi o wiele prościej uporać się z dzisiejszym spotkaniem.
Neville wpakował mi w dłoń trochę proszku Fiuu. Spojrzałam na niego i rzuciłam proszek pod nogi mamrocząc nazwę ulicy Pokątnej. Zniknęłam w zielonym płomieniu, by zaraz pojawić się wśród szarych uliczek i pozamykanych sklepów. Odsunęłam się z miejsca i rozglądnęłam spokojnie. Wylądowałam tuż przy wejściu na Śmiertelny Nokturn. Nawet nie próbowałam sobie wyobrażać jak okrutne rzeczy muszą się tam dziać. Tuż za mną pojawił się Longbottom.
-Naprawdę nie przepadam za teleportacją - mruknął cicho otrzepując się z popiołu z kominka. Zaśmiałam się pod nosem i ruszyłam w stronę najbardziej kolorowego i wyróżniającego się w tej szarzyźnie sklepu. Uśmiechnęłam się na widok wielkiej głowy rudego bliźniaka na szyldzie z podnoszącym się kapeluszem i znikającym zającem pod nim.
-Zawsze ten widok podnosi mnie na duchu - przyznałam kładąc dłoń na klamce. Neville kiwnął głową z równie wielkim uśmiechem na twarzy. Nad nami rozległ się dźwięk małego dzwoneczka zawieszonego nad drzwiami. Weszłam spokojnie do środka i ruszyłam w stronę stromych schodów na środku wielkiego pomieszczenia.
Z każdej strony otaczały mnie półki z niesamowicie dziwnymi rzeczami, które stworzyli bliźniacy, czasami z pomocą mojego brata. Ras zazwyczaj jednak zajmował się przyjmowaniem zamówień, papierkami i liczbami. Bliźniacy wymyślali tak wiele rzeczy, od pogody w butelce, peruwiańskiego proszku natychmiastowej ciemności, przez jadalne mroczne znaki, aż po diaboliczną prowokację diabła. I kiedy już myślałam, że nie potrafią mnie niczym zaskoczyć im to jednak za każdym razem się udawało. Czy to zabawną nazwą, czy czymś z totalnego kosmosu, co o dziwo działało i ludzie chcieli to kupować. Byłam pod wielkim wrażeniem ich pracy. Ogromnym.
-Clemmy - usłyszałam tuż przed sobą dwugłos. Spojrzałam w stronę dwóch wyszczerzonych radośnie rudych mężczyzn. Uśmiech od razu wkroczył na moją twarz. Podeszłam do nich i obojgu przytuliłam. Nie wiem co w nich tak niesamowitego było, ale nie spotkałam człowieka, który na pierwszy rzut oka na nich nie miałby uśmiechu na twarzy.
Może poza Granger, ale to już inna historia.
-Dawno się nie widzieliśmy - przyznałam wesoło odsuwając się od nich. Ci pokiwali zgodnie głowami, po czym podali dłonie Longbottomowi na powitanie. - Gdzie jest Ras, muszę z nim porozmawiać - dodałam już poważniejszym głosem. Ci popatrzyli po sobie.
-W biurze, zaprowadzę cię - powiedział spokojnie Fred. Ja kiwnęłam głową z wdzięcznością. - To musi być faktycznie spora sprawa. Mimo wszystko za rzadko tu bywasz - stwierdził idąc w sobie znanym kierunku. Tylko zerknęłam na Longbottoma, którego zabrał George z zamiarem pokazania nowych wynalazków. Widok śmiejących się oczu Neville'a podniósł mnie trochę na duchu.
-Staram się jak najczęściej, ale to taka nietypowa sytuacja - mruknęłam chowając dłonie głęboko w kieszenie spodni. Weszliśmy w mniej kolorowy korytarz za alejkami sklepu.
-Coś się stało? - spytał Fred z lekkim przejęciem w głosie. Spojrzałam na niego i wzruszyłam bezradnie ramionami. Ten westchnął i objął mnie ramieniem. Uśmiechnęłam się do niego blado.
-Śmierciożercy byli w okolicy domu Neville'a - mruknęłam, ale widziałam jak twarz Freda tężeje, a on sam przystaje. Podniosłam lekko ręce w celu uspokojenia i wyjaśnienia się. - Nic nam nie jest. Ani cioci Auguście. Sytuacja opanowana. Ucierpiały tylko drzwi - dodałam pewnym tonem. Ten przetrawił to szybko i kiwnął głową.
-Uciekliście? - spytał dalej trochę niepewnym tonem. Spojrzałam w stronę drzwi do biura Rasmusa. Ten położył dłoń na moim ramieniu. Zwróciłam wzrok na rudego chłopaka.
-Mogę wszystko powiedzieć Rasmusowi? Wtedy wyjdzie z kontekstu. Trochę jest tutaj opowiadania - poprosiłam, a ten kiwnął głową. Odetchnęłam z lekką ulgą. Ruszyliśmy do biura. Zapukałam do drzwi.
-Proszę - mruknął zaspany głos ze środka. Uchyliłam drzwi i zobaczyłam brata nad papierami z kawą w dłoni. Na mój widok uśmiechnął się zaskoczony. - Emms, co ty tu robisz? - spytał weselszym tonem. Usiadłam na siedzeniu na przeciwko niego.
-Przychodzę w nagłych wypadkach - przypomniałam z bladym uśmiechem. Ras zmarszczył brwi. Spojrzałam mu w oczy. - Spotkałam dzisiaj Bartyego.  A raczej on spotkał mnie - dodałam i zaczęłam bawić się palcami.
-Co? - zdołał wydusić z siebie tylko mój brat. Nigdy nie widziałam tak wielkiej konsternacji na jego twarzy, jak teraz. Tak nagle się pojawiła. Umknęła mi ta sekunda. Nasze oczy się wreszcie spotkały, a ja zaczęłam opowiadać od momentu pierwszego huku na dole, aż do odgłosu upadających reklamówek cioci Augusty. - Emms, czy ty jesteś niepoważna? W ten sposób się do niego odzywać? Mógł cię skrzywdzić! Mógł zabić! Co ja bym niby bez ciebie zrobił? Jak bym sobie poradził? Pomyślałaś o mnie? Nie, oczywiście, że nie! A o tacie? Na pewno nie! Nigdy o nas nie myślisz! Nigdy! - warczał chodząc zdenerwowany za biurkiem. Spojrzałam na niego.
-Nic by mi nie zrobił - wymamrotałam, ale nie usłyszał  mnie nawet. Dalej warczał wiązankę. Ścisnęłam dłoń w pięść i mocno uderzyłam w biurko. Aż kubek z końcówką kawy podskoczył. Nastała cisza. - Nie skrzywdziłby mnie. Doskonale o tym wiesz - powiedziałam pewnym głosem patrząc na niego. Przez chwilę mierzyliśmy się zdenerwowanymi spojrzeniami, ale on ustąpił pierwszy. Usiadł na swoim krześle.
-Wiem - wybełkotał pod nosem wzdychając głęboko. Spojrzałam na Freda siedzącego cicho na fotelu koło mnie. Jego dłoń dalej spoczywała na moim ramieniu. Nawet tego nie czułam. Na jego twarzy malowało się czyste zmartwienie, nie było na niej miejsca na złość. W tym momencie był całkowitym przeciwieństwem Rasmusa. Położyłam dłoń na jego ręce.
-Naprawdę nic by mi nie zrobił. Nie zdołałby. To byłoby wbrew niemu - mruknęłam patrząc to na Rasmusa, to na Freda. Oboje kiwnęli głowami w jednym momencie. Uśmiechnęłam się blado. Westchnęłam głęboko. - Uznałam, że powinieneś wiedzieć - wymamrotałam. Jego oczy spoczęły na mnie, a jego górna warga delikatnie zadrżała.
-Uważaj na siebie Emms - odparł, a ja kiwnęłam głową. Wstałam z krzesła.
-Ciocia Augusta kazała ci przekazać, że zaprasza na obiad. Ale przyniosę ci do domu, na kolację zjesz twoje ulubione klopsiki.
-Nawet niespecjalnie podnosi mnie na duchu - powiedział Ras z lekkim uśmiechem. Pokiwałam z politowaniem głową. - Trzeba wyłożyć pióra na półki - dodał wyciągając pudełko z biurka. Fred ujął je w dłonie. Kiwnął głową.
-Widzimy się w domu na kolacji - powiedziałam ruszając do wyjścia. Szłam za Fredem z chęcią pomocy przy piórach. Szliśmy w kompletnej ciszy przez szary korytarz, między alejkami przepełnionymi kolorowymi pierdołami. Zdecydowanie myślałam, że ta konfrontacja wyjdzie gorzej, bardziej boleśnie. Chyba się cieszyłam, że poszła po mojej myśli. Chociaż trochę. Rudy przystanął przy jednej z półek i otworzył pudełko. Zgarnęłam kilka piór z niego i zaczęłam układać w odpowiednich koszykach.
-Bałaś się? - spytał cicho Weasley. Spojrzałam na niego wkładając ostatnie pióro w dłoni do żółtego koszyczka. Zaprzeczyłam ruchem głowy.
-Byłam zła, zaskoczona, ale nie bałam się. Nie jego.
~~~
Trochę mnie nie było. Ale to przez sesję, egzaminy i seriale. Dlatego pozdrawiam i zapraszam do komentowania.

piątek, 8 czerwca 2018

Rozdział 1

Wstałam z łóżka i przeczesałam dłońmi włosy. Podeszłam do drzwi i zaczęłam schodzić po schodach z ciemnego drewna. Ruszyłam w stronę jasnego pokoju, z którego dochodził zapach kawy.
Wsunęłam głowę do kuchni. Przy blacie stał wysoki czarnowłosy chłopak. Uśmiechał się do kanapki z szynką, podczas robienia dwóch innych. Szary kardigan idealnie przylegał do jego ciała, ale wyglądał zadziwiająco dobrze. Jeszcze u nikogo kardigan nie wyglądał tak świetnie, jak u niego. Nikt nie był na tyle szalony, żeby paradować w kardiganie.
-Całe życie byłam pewna, że jesteś socjopatą. Sam przeczyłeś, ale to jak patrzysz na tą kanapkę mnie przeraża - stwierdziłam wchodząc do kuchni już normalnie. Neville spojrzał na mnie swoimi zielonymi oczami pełnymi zdziwienia.
-Emmy, pytałem czy chcesz iść ze mną, to zaprzeczyłaś, a teraz mi robisz wyrzuty, bo robienie kanapek sprawia mi przyjemność - zaśmiał się wesoło. Uśmiechnęłam się do chłopaka radośnie i usiadłam na jednym z krzeseł ustawionych przy wyspie na środku kuchni. Oparłam łokcie o marmurowy blat, a palce u stóp o szafki z ciemnego drewna. Longbottom postawił przed moją twarzą zielony talerz, na którym leżało kilka kanapek. Sam podsunął sobie do mnie srebrne krzesło i ujął jedną z nich.
-Wiem Nev, po prostu kocham cię drażnić - stwierdziłam radośnie. Ten tylko kiwnął głową z politowaniem wkładając sobie kanapkę do ust.
Spojrzałam w okno, za którym rozciągał się widok na tył podwórka. Kilka rzędów kwiatów, zazwyczaj różowych lub białych. Trzy jabłonie i kilka krzewów truskawek. Babcia Neville'a bardzo dbała o to miejsce. Było jej oczkiem w głowie. Ja i Longbottom pomagaliśmy jej tam kiedy tylko mogliśmy lub byliśmy dostępni. Fakt faktem przez większość roku siedzieliśmy w Szkole Magii i Czarodziejstwa Hogwart, gdzie idealnie udawaliśmy, że jednak się tam nadajemy i wcale nie mamy dość niektórych wykładowców, jak Nietoperz, który od samego początku nie lubił Longbottoma.
Mówiąc szczerze nie wiedziałam czemu mógł go nie lubić. Wiedziałam, że Neville bywał zapominalski, dziwny czy fajtłapowaty, ale kiedy tylko mógł przykładał się do swojej nauki, pracy. Mimo tej całej okropnej otoczki był złotym człowiekiem. Nawet nie wiedziałam, że przez te pięć lat znajomości tak bardzo się zżyjemy.
Pamiętam przecież jakby to było wczoraj, jak Granger łaziła po Hogwart Expressie w poszukiwaniu Teodory, która jakimś magicznym sposobem znalazła się w przedziale razem ze mną, bliźniakami Weasley i moim starszym bratem, Rasmusem. Usiadła grzecznie przy moim udzie i została tam, aż do momentu przyjścia Neville'a.
-Clementine Joyce, bardzo mi miło - powiedziałam wesoło wystawiając do niego swoją małą dłoń. Chłopak spojrzał na mnie zaskoczony swoimi wielkimi zielonymi oczami. Ujął moją dłoń i lekko nia potrząsnął.
-Neville Longbottom. Słyszałem, że jest tu moja ropucha Teodora - stwierdził cicho. Ja kiwnęłam głową ochoczo. Wskazałam ręką na zwierzę koło mojej nogi. Wtedy pierwszy raz ujrzałam uśmiech na jego twarzy. Rasmus do tej pory śmieje się z tej chwili. Miał gdzieś dziewczynę, ale na widok ropuchy prawie przewrócił się ze szczęścia. - Dziękuję - powiedział z większą pewnością w głosie i zabrał Teodorę. Ruszył do drzwi z przedziału, ale na moment się zatrzymał i spojrzał na mnie wesoło. Wrócił się i wyciągnął do mnie dłoń z czymś co wyciągnął z kieszeni. Podałam mu rozłożoną dłoń, na której on położył Czekoladową Żabę. Potem zniknął w drzwiach przedziału. Usiadłam wygodnie na siedzeniu i otworzyłam ostrożnie Żabę.
-Kogo masz? - spytał George z zaciekawieniem. Ugryzłam Czekoladową Żabę i wyciągnęłam kartę z opakowania. Obejrzałam ją z obu stron. Hologram przedstawiał potężnego mężczyznę z brązowo-rudą brodą i długimi włosami. W dłoni dzierżył miecz.
-Godryk Gryffindor - przeczytałam nazwisko z karty. Rasmus zaśmiał się wesoło.
-To chyba znak, że dołączysz do nas w tym roku Clemmy - stwierdził radośnie Fred. Spojrzałam na niego uradowana. Bardzo chciałam iść do Gryffindoru. Ras opowiadał mi o nim tak niesamowite rzeczy. O miłych ludziach zawsze chętnych do pomocy. O odwadze jego członków. O wielu wyjściach i wielu przyjaciołach.
-Naprawdę? - spytałam wesoło. Ten kiwnął radośnie głową. I tak się faktycznie później stało. Zostałam przydzielona do Gryffindoru, ale także przez Teodorę zyskałam jednego z najlepszych ludzi w moim życiu, który teraz zapewne coś mówił, a ja wcale go nie słuchałam.
-Clem, wcale mnie nie słuchasz - mruknął z niezadowoleniem chłopak siedzący naprzeciwko mnie. Potrząsnęłam głową przecząco.
-Przecież cię słucham Nev, dlaczego mnie o takie herezje posądzasz? - spytałam urażona dogłębnie. Ten machnął ręką lekko dojadając kanapkę. Ujęłam ostatnią z talerza. W drugą dloń ujęłam jeszcze kubek letniej już kawy przygotowanej pół godziny temu. Longbottom położył talerz w zlewie i ruszyliśmy do niego na górę. Usiadłam na łóżku przyodzianym w zieloną pościel w jakieś liście. Podszedł do okna w głębi jasno żółtego pokoju. Kubek z kawą postawiłam na stoliku nocnym stojącym po lewej stronie łóżka.
-Ciekawe kiedy wróci babcia - mruknął spokojnie, a ja nawet nie miałam możliwości na odpowiedzenie mu czymkolwiek.
Usłyszeliśmy wielki huk na dole, jakby ktoś wyrwał drzwi z zawiasów. Zerwałam się z łóżka i pierwsze co to zaciągnęłam Neville'a do łazienki. Kiedy wszedł do niej drzwi do pokoju otworzyły się z hukiem. Nie miałam już czasu wejść, więc zamknęłam je chroniąc Neville'a. Odwróciłam się w stronę drzwi starając się panować nad strachem jak najbardziej potrafiłam. Wtedy spojrzałam w brązowe oczy pełne złości, ale i szaleństwa. Tak dobrze niegdyś mi znane. Różdżka w dłoni Juniora została opuszczona równie szybko jak kąciki jego ust, gdy tylko zrozumiał przed kim stoi.
-Emm - wymamrotał cicho równie zaskoczony jak ja. Przyłożyłam dłoń do ust z żalem w oczach. Pięć lat temu zniknął z sąsiedztwa. Jego rodzice sami nie wiedzieli, gdzie poszedł. Gdzie zaczął siać postrach. Ale czułam wtedy, że znam jego normalne oblicze. Dla mnie ten morderca w gazetach to dalej człowiek, który zaklejał mi rany na kolanach kiedy uczyłam się jeździć na rowerze czy zabierał nad jezioro, bo bardzo chciałam zobaczyć łabędzie.
Ruszyłam powolnym krokiem w jego kierunku. Jego twarz wyrażała czyste przeprosiny. Nie było w niej żadnego fałszu, żadnych ukrytych znaczeń. Do domu ktoś wszedł.
-Crouch, jesteś tu? - spytał męski głos z dołu. Barty patrzył cały czas w moje oczy. Kiwnęłam delikatnie głową, bo tamten mógłby ruszyć na górę w poszukiwaniu kolegi.
-Jestem. Tutaj czysto, nikogo nie ma - wymamrotał pewnym głosem. Stanęłam metr od mężczyzny i opuściłam dłoń w dół. Dalej jednak grymas zdziwienia pozostał na mojej twarzy.
-Dobrze, to widzimy się w kolejnym domu, jak tylko wyjdziesz - dodał głos z dołu wesołym tonem. Chyba wyszedł z domu i ruszył pogwizdując pod nosem dalej zabijać sąsiadów. Crouch uniósł lekko dłoń w moją stronę. Podniosłam swoją i ujęłam jego za nadgarstek przecząc ruchem głowy.
-Musisz stąd iść. Masz omijać ten dom za wszelką cenę. Nikomu stąd nie może się stać krzywda - wymamrotałam patrząc mu głęboko w oczy. Brązowy kolor lekko się rozmazał pod wpływem napływających łez, ale pokiwał głową, że rozumie i zabrał dłoń. Odwrócił się na pięcie i ruszył na dół po schodach. W połowie na moment się zatrzymał i spojrzał na mnie.
-Uważaj na siebie Emm - poprosił cicho, a ja tylko kiwnęłam głową z bladym uśmiechem. Gdy tylko wyszedł z domu usiadłam na łóżku i ukryłam twarz w dłoniach.
Akurat teraz musiałam go spotkać? Akurat teraz musiał wleźć ponownie w moje życie? Myślałam, że już go tutaj nie będzie, że go nie potrzebuję.
I tak było. Nie potrzebowałam żadnego Śmierciożercy, jeszcze po tym co zrobili z rodzicami Neville'a nie szanowałam ich w żadnej sytuacji. Trochę jednak potrzebowałam Juniora, tej jego ludzkiej wersji, nie bestii, która zabija na zamówienie, dla zabawy.
-Neville, możesz wyjść - wymamrotałam wystarczająco głośno, by mnie usłyszał zza dłoni na twarzy. Usłyszałam ruszenie klamką i szybki trucht w moją stronę. Ten ukląkł przede mną i położył dłonie na moich kolanach.
-Clementine, nic ci nie jest? - spytał używając mojego całego imienia. Brzmiało to tak kretyńsko poważnie. Odsunęłam dłonie z twarzy ukazując zapłakane oblicze. Nawet nie wiem kiedy łzy zaczęły ściekać z moich oczu.
-Jest w porządku - wymamrotałam, a ten usiadł koło mnie i mocno objął mnie swoim ciałem. Wtuliłam się w Longbottoma mocno. - Jest pewna rzecz, o której ci nie powiedziałam - wyszeptałam mu na ucho rzewnie. Ten odsunął się ode mnie dalej trzymając dłonie na moich ramionach. - Kiedyś mieszkała naprzeciwko naszego domu porządna rodzina. Ojciec był sędzią w Ministerstwie, matka gospodynią domową. Mieli syna, kilka lat starszego od nas. Raz jechałam rowerem, bo uparłam się, że potrafię, że dam radę. Tata nie chciał się ze mną spierać. Spuścił mnie na moment z oczu. Nadziałam się na płot sąsiadów z naprzeciwka. Chłopak to zauważył. Od razu pomógł małej sierocie. Tak zyskałam przyjaciela, mimo że dwa razy starszego ode mnie. Stał się jakby drugim moim bratem, a ja jego jedyną siostrą. Aż pięć lat temu zniknął. To jest pierwszy raz jak go od tamtej pory widzę. Pierwszy raz od tak dawna widzę Bartyego Croucha Juniora - wymamrotałam patrząc cały czas w oczy Neville'a. Jego usta delikatnie się otwarły ze zdumienia, a dłonie zsunęły bezwładnie po moim ciele. Zamknęłam oczy na moment wciskając dużo powietrza do swoich płuc.
-Dlaczego o tym wcześniej nie mówiłaś? - spytał cicho czarnowłosy chłopak. Uchyliłam powieki i spojrzałam na niego. Wzruszyłam bezradnie ramionami. Ten westchnął głęboko i położył ponownie dłonie na moich ramionach. - Cieszę się, że nic ci nie jest - dodał cicho patrząc mi w oczy. Uśmiechnęłam się do niego blado.
Do domu ktoś wszedł. Usłyszałam plastikowe reklamówki uderzające o podłogę.
-Neville? Clementine? - spytał głośno starszy głos z dołu. Odsunęłam się od chłopaka i wstałam z łóżka.
-Jesteśmy na górze - odparł głośno Neville. Przetarłam twarz dłonią i spojrzałam w okno.
Chyba do końca życia będę się zastanawiać dlaczego to przytrafiło się właśnie mi. Dlaczego teraz? Po prostu dlaczego.
~~~
Także no, kolejny rozdział. Wyjaśnia sporo rzeczy z prologu. Mam nadzieję, że chociaż trochę się podoba taki początek nowej przygody. Dlatego pozdrawiam i zapraszam do komentowania.

wtorek, 5 czerwca 2018

Prolog

Jednego byłam pewna. Nie byłam na to gotowa. Muszę to przyznać, powiedzieć głośno. Wykrzyczeć!
Ja, Clementine (NIE WAŻ SIĘ ŚMIAĆ Z MOJEGO IMIENIA!) Joyce nie byłam gotowa na ponowne spotkanie całego zła świata, które patrzyło na mnie wtedy z tak wielkim żalem, tak dużym niepokojem. Jakby się bał, że jednym niewłaściwym słowem czy gestem będzie w stanie mnie zniszczyć. Nie wiedział, że to już nastąpiło w momencie przekroczenia przez niego progu tego domu.
To wyszło tak nagle. Znowu zaczęli zabijać, tym razem w okolicy domu Longbottomów.
Dlaczego akurat tam?
Dlaczego znowu chcieli skrzywdzić kogoś o tym nazwisku?
Jakby już mało szkód tej rodzinie wyrządzili.
Do tej pory zastanawiam się dlaczego moim pierwszym odruchem było ukrycie Neville'a, a nie siebie? Czemu wystawiłam siebie na nieznane? Może w głębi duszy miałam nadzieję, że to ta brązowooka kanalia. Może mój mózg wtedy jeszcze tego nie przetrawił, ale zadziałał odruch i wystawił mnie na rychłą śmierć.
Czyżby?
Dalej żyję, ledwo, bo ledwo, ale żyję.
Dlatego każdego dnia wyobrażam sobie co by było, gdyby to nie był on.
Jak bardzo Rasmus musiałby trzymać w sobie smutek na pogrzebie. Jak bardzo tata obwiniałby siebie.
Jak bardzo mieliby nadzieję, że trafię w ramiona mamy w zaświatach.
Może tu nie chodziło o całe zło świata, a właśnie o nią.
O tą umęczoną powłokę, której ostatnimi słowami miały być groźby, że jeśli dziecku coś będzie się dziać i jeżeli mój ojciec będzie miał wybór kogo ratować, to ma uratować mnie. I miała rację. Wystąpiły komplikacje. Urodziłam się w dzień śmierci mojej mamy. Czyż to nie ironiczne? Strasznie okrutne dla dziecka?
Zawsze w moje urodziny zamiast zapraszać znajomych idziemy na cmentarz, byle pogadać z nią moment. Byle udawać, że jeszcze z nami jest.
Już nie wiem dlaczego...
~~~
Trochę mi tego brakowało. Pozdrawiam i witam na nowym blogu, Black.